Łączna liczba wyświetleń

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Gruzinskie święta wielkanocne, czyli spontaniczny wypad do Swanetii

 Już wprawdzie po czasie, pewne rzeczy się trochę zdezaktualizowały, więc kształt tego posta również się zmienił, ale postanowiłam właśnie dziś wrzucić starą relację z wielkanocnej podróży do serca Swanetii.

Współlokatorka z Litwy, która ma chłopaka Gruzina od jakiegoś czasu przebąkiwała, że jej "teściowa" zapraszała nas wszystkich na wielkanocną suprę. Lecz później jakoś tak wszystko przycichło, a gdy zapytałam o wcześniejsze zaproszenie, współlokatorka sama nie wiedziała co odpowiedzieć, bo jak to u Gruzinów bywa, trzeba ciągle się dopytywać i upewniać. Nie ma to jak spontan. Gdy spontanicznie zostanie wypowiedziana jakaś idea, zaraz może dojść do jej realizacji. Zwłoka jest niewskazana. Plany zmieniają się szybko, a Gruzini nie są przyzwyczajeni do planowania. Będąc już o tym uprzedzoną, przestałam nastawiać się tak jednoznacznie na gruzińskie święta. Tego samego dnia odwiedziła mnie Martyna- polska wolontariuszka TLG, ( Teach and learn with Georgia- gruziński program rządowy, zachęcający wolontariuszy, zwłaszcza native speakerów do przyjazdu do Gruzji i nauczania angielskiego, w zamian za drobną wypłatę i mieszkanie z gruzińską rodziną, poznawanie warunków ich bytowania i nawyków żywieniowych ;).) i jej amerykański chłopak, Clint- też TLG. Para mieszka w Kutaisi, lecz korzystając z wolnego czasu postanowili ruszyć w trasę. Pokazałam im więc moją miejscówkę, poznając przy okazji nowe knajpy. Okazało się, że miejsca, które brałam za potencjalne spelunki- ile się takich widzi w Polsce?- gdzie przebywają starsi panowie, lubiący się urżnąć, są całkiem przyzwoitymi lokalami gastronomicznymi.
Po raz pierwszy w megrelskiej knajpie spróbowałam adżarskiego chaczapuri- adżaruli.(Zobacz:http://gruzjamoimokiem.blogspot.com/search/label/ad%C5%BCaruli).O ile chaczapuri w każdej postaci jest dla mnie podstawowym jadłem na śniadanie i  jednym z ulubionych gruzińskich dań, to adżaruli jest wprost genialne. Jest to rodzaj pieczywa w kształcie łódeczki z białym serem w środku i sadzonym jajkiem na wierzchu. Zawartość należy wymieszać i  można zajadać. Niby proste, a jakie smaczne. ;) Po raz pierwszy spróbowałam również Kubdari- rodzaj placka z mięsem, kinzą ( nie jest jednak aż taka zła, zaczynam się do niej przyzwyczajać), adżiką (rodzaj gruzińskiego chilli). Całkiem niezłe w smaku i w rozsądnej cenie- 2-3 GEL.

Następnego dnia z rana, gdy para wybierała się do położonej w Sawnetii ,Mestii, postanowiłam zabrać się z nimi. Marszrutkę mieliśmy o 7:30, chociaż kierowca zapewniał dzień wcześniej, że rusza punkt 8:00.  Dosyć często się zdarza, że kierowcy marszrutek zmieniają zdanie w ostatniej chwili, także najlepiej wziąć numer i być z kierowcą w kontakcie. Tak też zrobili Martyna i Clint. W praktyce, gdy zjawiliśmy się na przystanku, a kierowca zebrał kilku pasażerów, zrobiliśmy marszrutką dwa kółka po mieście, wracając do punktu wyjścia i czekając do 8:00 na innych, potencjalnych pasażerów...
W końcu ruszyliśmy. Góry, które widzę z Zugdidi, są oddalone od miasta jakieś 20-30 km. Teraz miałam okazję doświadczyć ich widoku w bliska. Przepięknym krajobrazom towarzyszyła tradycyjna, gruzińska muzyka płynąca z odtwarzacza, co potęgowało wrażenie. Na miejscu Clint spotkał się ze znajomym z TLG, ( również Amerykanin), z którym przyjechało grono innych znajomych- (Paul- TLG, Irlandia, Lenn- TLG,Szkocja i napotkany na miejscu francuski turysta, Roman. Łącznie była nas 7-ka. Drugiego dnia dołączyła do nas Filipinka z TLG, Teresita, która przypadkiem znalazła się w tym samym hostelu.) Po krótkim zapoznaniu ruszyliśmy w plener. Po drodze mijaliśmy warowne wieżyczki, z których najstarsze pochodzą z XII wieku. Teraz prawdopodobnie stoją całkowicie puste. W jednej z nich, w Mestii urządzono muzeum. Jednak na drodze do Uszguli, do którego wybraliśmy się drugiego dnia, stała samotna wieżyczka, do której nie omieszkaliśmy wejść, darując sobie tą w Mestii. Budowla składa się z trzech pieter. Na każdy, następny poziom wchodzi się po drabince, którą później można wciągnąć na górę. Naprzemienne otwory w podłogach poszczególnych pięter, pozwalają uniknąć upadku z samej góry, w razie nieostrożnego postawienia stopy na szczeblu drabiny.W czasie, gdy Swanowie bronili się przed Dagestańczykami, Mongołami, innymi książętami gruzińskimi,a także zemstą rodową, takie wejścia miały bardzo praktyczne zastosowanie. Zdarzały się okresy, gdy całe rodziny żyły na najwyższym piętrze budynku, nie wychodząc z niego przez kilka miesięcy.
Pierwszego dnia postanowiliśmy troszkę się powspinać. Nasz wypad trwał 7 godzin. Jednak właściwie tylko Martyna i Clint mieli odpowiednie buty. Przeskakiwanie przez niewielkie potoczki, skakanie po kamieniach w celu ominięcia tych większych okazało się niczym przy właściwym spotkaniu z górami. Przy temperaturze +20 C, a może i więcej, brodziliśmy w śniegu po kolana, co jakiś czas zapadając się w potężne zaspy. Zziębnięci i przemoczeni nie zdołaliśmy wejść na upatrzony szczyt, ale przynajmniej próbowaliśmy :). Następnego dnia wynajęlismy samochód. Kierowca zażądał od nas 200 lari, czyli w przeliczeniu na polską walutę, jakieś 400 zł (!) za zawiezienie nas do oddalonej zaledwie 40 km wsi Uszguli. Zrzuciliśmy się po 25 lari-cóż, nie było innych chętnych, którzy poświęciliby dla nas Niedzielę Wielkanocną wioząc nas po takich wertepach, więc postanowiliśmy ustąpić. Wkrótce okazało się, że cena, choć mocna wygórowana, miała swoje uzasadnienie. Na odcinku Mestia-Uszguli nie ma dróg, dzięki czemu jazda w jedną stronę zajęła nam ok 4,5 godziny. Przez większość czasu jechaliśmy nad przepaściami. Pod koniec drogi bywało tak stromo, ze trzy razy zamykałam oczy i czułam jak pocą mi się ręce. Po drodze zaczął wyciekać nam płyn z chłodnicy, gdyż kierowca uderzył podwoziem swojego Suzuki w jakiś olbrzymi kamulec. Droga dłużyła się niezmiernie.Przystawaliśmy co jakieś 20 minut, napełniając butelki wodą z wodospadów i strumyków, którą nasz kierowca wlewał do chłodnicy. Dodatkowo obkładał śniegiem silnik. Zastanawiałam się nie tylko czy dojedziemy, ale co z droga powrotną. Moje obawy okazały się jednak przedwczesne. Kierowca-cudotwórca poradził sobie na tyle, że drogę powrotną pokonaliśmy w trzy godziny. Przyczyniła się do tego również pochyłość terenu, lecz brawa dla pana kierowcy. Uszguli- tam znajdują się najokazalsze i chyba najlepiej zachowane wieże obronne. Najwyżej położona wieś po europejskiej stronie Kaukazu, co czyni ją najwyżej położoną wsią w Europie. Co ciekawe, mimo, że wieś bywa odcięta od świata nawet pół roku, przez zalegające tutaj zwały śniegu, na miejscu powstały trzy guesthausy :). Dodatkowo w każdej mijanej wsi Swanetii, gdzie znajduje się jakiś ciekawszy zabytek-przeważnie są to cerkwie- widnieje stosowna informacja na ten temat w języku angielskim. Niewiele osób dysponuje tym językiem, ale turysta może okazać się kurą znoszącą złote jaja, więc trzeba mu wyjść naprzeciw. Ta przyspieszona globalizacja jest trochę smutna. Ludzie zmieniają się bardzo szybko i być może za kilka lat nie zaproszą już więcej bezinteresownie do domu, lecz powiedzą, "money, money!". Z drugiej strony trudno się dziwić takiej postawie.Turyści sami ją napędzają. Niemniej jednak udało nam się uświadczyć miejscowej, swańskiej gościnności. Wracając z wznoszącej się ponad wioską cerkwi, zostaliśmy zaczepieni przez ok. 50-letniego mężczyznę. Wraz z rodziną świętował na cmentarzu. ( Popularnym zwyczajem w Gruzji jest odwiedzanie grobów zmarłych, wspominanie ich oraz wspólne biesiadowanie przy jadle i winie.) Gdy zauważył, że jesteśmy przyjezdni, zaprosił nas na świąteczny obiad. Wróciliśmy na szczyt, gdzie znajdowała się cerkiew. Mężczyzna zwołał swoich znajomych i rodzinę, poćwiartował gotowanego kurczaka, przyniósł swańskie chaczapuri ( ser w środku nie jest taki słony) oraz specyfik, który nazwaliśmy serem. Jednak był to rodzaj postnego dania. Łamanym rosyjskim mężczyzna wytłumaczył, że robi się je wlewając zimnego mleka do gotującej się wody i gdy się zetnie, później się je studzi i prasuje. Mężczyzna był tak hojny, że chciał dla nas ubić świniaka, jeśli zdecydowalibyśmy się z nim zostać. Oczywiście zdążył również poinformować nas, która najbardziej pasowałaby do jego nieżonatych synów i wycałować nas po kolei. Mimo to siedziało się tam całkiem miło, lecz stół rządzi się swoimi prawami i zanim zdążyliśmy odejść, każdy z nas musiał obowiązkowo wlać w siebie po dwa kieliszki czaczy, o innym alkoholu nie wspominając. Schodząc niżej, natrafiliśmy na gospodę-knajpę. Zaciekawiło nas to, że mieszkańcy urządzili tam wspólną, świąteczną suprę. Na początku, gdy zajrzeliśmy do środka- w zasadzie w poszukiwaniu toalety, zostaliśmy potraktowani od razu jak turyści. Jakaś kobieta otworzyła drzwi obok i zawołała nas. Okazało się, że był to sklep z pamiątkami...Ceny tych bibelotów były czasem nieprzyzwoicie wysokie. Myślę jednak, że się sprzedawały, a miejscowi dobrze wyczuwali koniunkturę. 
Po pewnym czasie jednak zaproszono nas do środka. Pierwszy raz chyba miałam okazję posłuchać polifonicznych męskich śpiewów na żywo. Robi to niesamowite wrażenie na słuchającym. Nic więc dziwnego, że w Gruzji im większy macho, tym lepiej śpiewa i tańczy. Rozpoczęły się toasty. Pierwszy-jak zawsze- za pokój, drugi- za Boga. Dalej tematy się często powtarzają. Pada toast za przyjaciół, gospodarzy, gości, miłość, itp. Każdy wypowiedziany przez tamadę, czyli mistrza ceremonii, toast może zostać uzupełniony toastem współbiesiadnika pod warunkiem, że wyraża ten sam temat. Zasiedliśmy więc do stołu, wypiliśmy kilka wspólnych toastów. Nasi chłopcy zmierzyli się nawet z Gruzinami w tańcu, lecz przy nich ich wygibasy wyglądały marnie. Miejscowi zaczynali się coraz bardziej popisywać swoją zręcznością, robiąc szpagaty,w tym samym czasie wychylając stojący wcześniej na ziemi kieliszek.Niestety w tym momencie musieliśmy wyjść, by zdążyć do Mestii przed nocą.( Nie muszę dodawać chyba, że na tym odcinku nie ma ani jednej latarni? Jednak uwaga! Nowo pobudowane wieże wysokiego napięcia gwarantują nieprzerwane dostawy prądu. Z internetem i zasięgiem w komórce też nie ma problemu.)
Świąteczny weekend minął nam bardzo miło, a wypad do Swanetii niewątpliwie należy powtórzyć.





W drodze do Mestii





Uszba, jeden z najwyższych szczytów Kaukazu Wielkiego

Mestia ze słynnymi, kamiennymi wieżyczkami

Mestia



Nasz kierowca, chłodzący silnik śniegiem i wodą 


Nasza międzynarodowa ekipa

niepilnowana przez nikogo wieżyczka na trasie Mestia-Uszguli

Wnętrze wieżyczki, charakterystyczna drabinka

zejście na niższe piętro

Widok z okna wieżyczki
W drodze do Uszguli



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz