Łączna liczba wyświetleń

środa, 28 listopada 2012

Coraz bliżej końca

Dokładnie za tydzień o tej porze będę odliczać godziny,które pozostały mi do powrotu do Polski. Nie znaczy to jednak, że zrezygnuję całkiem z prowadzenia bloga. W Gruzji ciągle coś się dzieje, a ja mam jeszcze pełno wspomnień, które z pewnością będą domagać się opisania. Gdybym teraz miała odpowiedzieć na pytanie jakie mam skojarzenia z tym krajem, byłyby to:

1. "Tashi bicho" ( nowa wersja tzw. Rachuli)- co po polsku znaczy "Klaszcz chłopaku". To kawałek, który zdecydowanie będzie kojarzył mi się z Gruzją. Jest on tak popularny, że mój chłopak, który przyjechał tu na miesiąc nazwał go hymnem Gruzji :).

2.  Ra ginda? - Uniwersalny zwrot wyrażający zniecierpliwienie w stosunku do natręta, beznamiętne pytanie nauczyciela skierowane do ucznia, (czasem) życzliwe-pani w sklepie do kupującego czy czułe-chłopaka do dziewczyny. Niektórzy obcokrajowcy nie znając niuansów języka gruzińskiego bywają urażeni takim bezpośrednim sformułowaniem, gdyż w dosłownym przekładzie oznacza ono "Co chesz?", "Czego?"

3. Gruzińskie litery- Gruziński alfabet jest jednym z 14 na świecie. Drugi taki poza Gruzją nie istnieje. Ktoś kiedyś porównał jego litery do makaronu rzuconego na podłogę. Coś w tym jest :)

4. Gościnność-Wzrost popularności Gruzji na rynku turystycznym nie wpływa najlepiej na tradycyjną gruzińską gościnność. Jest to jednak zrozumiałe, zwłaszcza przy tak niskich zarobkach. Dalej jednak gościnność należy do dobrego tonu. Cudzoziemcy nie są tutaj już taką rzadkością jak np. 10 lat temu, lecz ciągle mogą liczyć na dobrą wolę mieszkańców. Mówimy dużo o polskiej gościnności. Moim zdaniem jest ona bardziej stereotypem niż normą. Polacy bywają mili i otwarci dla znajomych, lecz sądzę, że rzadko który, jeśli nie jest np. członkiem Couch Surfingu, zaprosi do domu nieznajomego, nakarmi go i pościeli mu łóżko. Takich sytuacji w Gruzji miałam kilka. Raz o mały włos, a zorganizowano by nam nawet ślub z  weselem...Ale to już historia na oddzielny wpis :).

5. Sensualny wymiar wiary- Krzyże, wszechobecne dewocjonalia, wspominanie Boga w toastach, w rozmowie, żegnanie się na widok cerkwi, ( widok 10-tki ludzi w marszrutce wykonujących kilkakrotnie podczas drogi potrójny znak krzyża może wyglądać osobliwie) a także przesądność mieszkańców, szczególnie małych miast i wsi nie robi już na mnie wrażenia. Tutaj dyskusja na temat krzyża smoleńskiego nie miałaby miejsca. Jeden krzyż więcej to nie problem. Święte obrazki powtykane w tablicę do czytania rentgena, czy cały regał podobnych wizerunków u dentysty to rzeczywistość, z którą stykam się na co dzień.

6. Skomplikowane relacje damsko-męskie, uwikłane w konwenanse, warunkowane patriarchalną tradycją i  czasem szkodliwymi stereotypami. Sytuacja powoli się zmienia, lecz dalej powszechne jest mniemanie, że małżonkowie najlepiej poznają się po ślubie. Z drugiej strony mimo braku oficjalnych statystyk mówi się o olbrzymiej ilości rozwodów, będących najczęściej efektem minionego, młodzieńczego zauroczenia.

7. Rodzina, z którą mieszkam- mam nadzieję pozostać z nią w kontakcie. Od 5 miesięcy czuję, ze znalazłam wreszcie swoje miejsce.

8. Autostop- Gruzja to prawdziwy raj dla autostopowiczów. Na to by ktoś się zatrzymał nie trzeba czekać długo. Kraj wielki nie jest, więc jednego dnia bez przeszkód mogę być nad morzem, drugiego pod azerską granicą.

9. Taksówkarze- W przeciwieństwie do przeciętnych Gruzinów, taksówkarze do najmilszych raczej nie należą. Większość z nich to bezlitośni naciągacze, którzy często nie mają jak wydać, nie stosują jasnych zasad co do opłat, będą na siłę  nagabywać, byście za jedyne 25 lari pojechali do miasteczka oddalonego 10 km, mimo, że pod nosem stoi marszrutka, za którą zapłacicie 1 lari. Pewnego razu znajome z Polski chciały pojechać z Tbilisi do Gori. Wysiadły na odpowiedniej stacji i już kierowały się w stronę kasy by kupić bilety, gdy zostały obstąpione przez 20 taksówkarzy. Widząc plecaki dziewczyn przygotowali się na łatwy zarobek. Żaden z nich nie pozwolił im wyjść poza krąg. Krzyczeli tylko, że zawiozą do Gori za 20 lari każda. Nie pomagały żadne tłumaczenia. Taksówkarze byli nieugięci. W końcu ktoś z zewnątrz pomógł im się wydostać. Poza takimi incydentami warto jednak pytać taksówkarzy o drogę. Mimo, że nie jest to zgodne z ich interesem, zawsze odpowiedzą.
   Co więcej...ostatnio zaprzyjaźniłam się z jednym taksówkarzem, który bardzo lubi cudzoziemców i nie chce słyszeć o żadnej zapłacie za kurs ani ode mnie ani od moich znajomych....Gruzja to kraj skrajności :).

10. Widoki, zabytki- zdjęcia na blogu mówią chyba same za siebie :). 

11.  Wino,czacza, piwo (Natakhtari i Kazbegi- moje ulubione). Nie wszystko jednak złoto co się świeci, więc nie każdy alkohol jest dobry. Nie wszyscy Gruzini potrafią robić wino i strzeżcie się produktów marki "Gomi"- wódka, koniak. Poza tym...próbujcie, bo tu okazji jest niemało.

12. Spanie na plaży w Batumi... cóż...ciepło było, więc plaża choć strasznie kamienista w doborowym towarzystwie też może stać się godną sypialnią. A jak to śpiewały Filipinki, a potem niejaka Natalia Lesz-
"Batumi, ech Batumi, herbaciane pola Batumiiii :)" Herbacianych pól nie zaobserwowałam, za to lans-bans jest. Batumi różni się zdecydowanie od reszty gruzińskich miast. Łączy w sobie nowoczesność, europejską secesję i turecki charakter. Nic dziwnego- w końcu to stolica do niedawna autonomicznej republiki- Adżarii.

13. Jedzenie- khaczapuri, nieodłączna sałatka z ogórków i pomidorów, ser sulguni, bakłażany w sosie orzechowym czy khinkali- wszystko to smaczne, lecz z czasem brakuje różnorodności. Do łask więc wróciły choćby placki ziemniaczane, które ku mojemu zdziwieniu zostały dobrze przyjęte przez gruzińska rodzinkę. Gruzini nie są zbyt otwarci pod względem kulinarnym. Nie zawsze próbują innych potraw niż gruzińskie, mimo to są zdania, że lepsze nie istnieją :).
     Z drugiej strony, dzięki temu, gdy chciałam być użyteczna, sama upichciałm kilka gruzińskich potraw. Było to czasem również spowodowane brakiem produktów, które w Polsce dostałabym bez problemu, a tutaj są nieznane, bądź niedoceniane.

14. Krowy!!!- Będzie mi brakowało czegoś na drodze...

15. Szalony ruch uliczny-Przyzwyczaiłam się już do tego, że samochody pędza tu jak szalone, choć ludzie często się spóźniają :) ( ja też, dlatego specjalnie mi to nie przeszkadza :)). Ponadto kierowcy praktycznie nigdy się nie zatrzymują, tylko zwalniają i omijają przechodzącego jak pionka. Dlatego lepiej przestać walczyć- to i tak nie ma sensu i postarać się dostosować. (Np. przejść kawałek, poczekać, aż ominie nas jeden samochód, stanąć na środku ulicy,poczekać aż przejedzie drugi i ruszyć dalej, sprawdzając czy trzeci samochód jest w stanie nas ominąć, czy powinniśmy troszkę podbiec :).)

16. Tańce- Z pewnością każdy naród może poszczycić się swoim folklorem, a w nim m.in. tańcami. Jednak w Gruzji taniec jest wciąż elementem żywej tradycji. W każdej szkole działa sekcja taneczna. W Zugdidi ponadto można chodzić na lekcje do domu młodzieży, zwanego jeszcze przez niektórych "Domem Pioniera" :). Na zajęcia uczęszcza spora grupa dzieciaków. Uczą się bardzo chętnie. Cena za 12 lekcji w miesiącu to jedyne 20 lari. Jest to najlepsza opcja, gdyż prywatnie ceny mogą dochodzić nawet do 100 lari.

Tutaj możecie obejrzeć  taniec z rejonu Adżaria, " adżaruli"



 A tu wrzucam kilka sentymentalnych fotek. Jeśli coś pominęłam, znajdziecie to poniżej :)

Zugdidi

Głos Abchazji....

Przyroda Borjomi

Zabytki...

Most zwycięstwa w Tbilisi, podpaską lub alwaysem zwany

Stepowy krajobraz i gorąco nie do zniesienia w drodze do Davit Gareji

Lagodekhi, ludowe klimaty- spuścizna po socjalizmie. Bardzo urocza nawet...

Pod samą granicą z Azerbejdżanem

Kazbegi- jedno z moich ulubionych piw.

Pieskie życie psa, Zugdidi

Stacja metra w Tbilisi

Odnawiana katedra Bagrati w Kutaisi, należąca do światowego dziedzictwa UNESCO

Rzeka w Kutaisi

Zamki....Ten akurat ( "Rabat" w Achalciche) został zepsuty. Zamiast go odnowić, zrobiono z niego Disneyland.

wtorek, 27 listopada 2012

Picie po gruzińsku- czyli krótkie dywagacje z przymrużeniem oka...


     Wiele już napisano na temat gruzińskich toastów. Są one źródłem niekończących się zachwytów nad tutejszym sposobem picia. Z pierwszym tego typu opisem zetknęłam się czytając ładnych parę lat temu książkę Kapuścińskiego, „Kirgiz schodzi z konia”. Zresztą rozdział dotyczący Gruzji został zamieszczony w innej jego książce- „Imperium”. Nie ukrywam, że był on jednym z pierwszych autorów, którzy zainteresowali mnie tym krajem. Jego opowieść o Gruzji zaczyna się słowami: „Wszystko tu stwarza wrażenie przybicia do przystani, dotarcia pod dach. Wszystko - klimat, krajobraz i obyczaje - namawia, żeby przysiąść w cieniu, łyknąć wina, odetchnąć i pomyśleć: fajnie tu.” (Moje osobiste doświadczenia czasami kłócą się z tym wyidealizowanym obrazem, czego dowodzi niniejszy blog.) Co Kapuściński sądził o Gruzinach i ich podejściu do picia?
Kto trafił do Gruzji, musi spłacić daninę tutejszym obyczajom. Kto tu trafi, będzie wprowadzony w rytuał biesiady, która dla Gruzina jest smakiem życia. Gruzin ucztuje przy każdej okazji. Jego pociąg do biesiady nie wynika z próżniactwa czy beztroski. Mało widziałem narodów równie pracowitych jak oni. (...)Biesiada nie ma nic wspólnego z wyżera, z ochlajem, z bibą. Tu się nie przychodzi, żeby mieć przerwę w życiorysie, żeby się ugotować. Gruzin gardzi pijaństwem, nie znosi picia na ilość. Stół jest tylko pretekstem, smakowitym i winem zakrapianym, ale właśnie pretekstem. Okazją, żeby uczcić życie. To, co się dzieje za stołem, Gruzin śledzi z uwagą. To są dla niego ważne sprawy. Jest tu obecny myślami - on uczestniczy. Każdy, kto siedzi za stołem, ma swoją rolę, jest na równi z innymi kapłanem ceremonii. Tę rolę trzeba odegrać najlepiej, ponieważ każda wpadka jest kompromitacją. (...)Bo Gruzini wiedzą, że kultura stołu, obrządek stołu, w Europie zarzucone i zapomniane, że biesiada została odarta ze swoich treści, a toast zredukowany do monosylab (no to cyk!) albo do grafomanii (chluśniem, bo uśniem!). Bardzo to są niesmaczne dla Gruzina zwyczaje.”
     Rzeczywiście nasze „No to wypijmy”, albo „Chluśniem, bo uśniem” może wydawać się nudne i mało oryginalne. Lecz moim subiektywnym zdaniem przeciętny gruziński toast niczym specjalnym się nie wyróżnia. Co więcej picie zawsze za to samo i właściwie w tej samej kolejności może po pewnym czasie również stać się nużące. Tradycyjne toasty są bardzo długie i powinny być popisem erudycji tamady- mistrza ceremonii. „Najpierw pójdą toasty obowiązkowe: za Gruzję, za przodków, za rodzinę,(...) za Szotę Rustawelego, za Poranek Naszej Ojczyzny. A potem będzie seria toastów wzajemnych - jeden wznosi toast za drugiego. Toast mówi się kilka minut, można mówić pół godziny.(...)Toast musi być poetycki, bo życiu trzeba dodawać piękna. Dobrze jest powiedzieć o błękicie nieba, o zapachu róż, o srebrnych wodach strumienia. Dobrze jest przyrównać wielkość człowieka do wielkości góry Kazbek, a jego wolę i upór do jodły wczepionej korzeniami w szczeliny skalne.” W praktyce poza deklaracjami o wyjątkowości tychże formuł rzadko kto jest dobrym tamadą i erudycją potrafi się wykazać.
Co do prędkości upijania się...cóż...Gruzini nie uznają picia bez odpowiedniej zagryzki. Ser, sałatka z pomidorów i ogórków, czy zwykły chleb-cokolwiek, czym chata bogata będzie odpowiednim dopełnieniem „uczty”. Podczas swojego 9-miesięcznego pobytu w tym kraju chyba tylko raz słyszałam porządny, dłuższy toast. Reszta ograniczała się przeważnie do kilku mało wyszukanych zdań i uporczywego dolewania czaczy. Gdy padała prośba o to, by ten kieliszek był ostatnim, odpowiedzią było przytakiwanie, a potem ni stąd ni zowąd mój kieliszek cudownie napełniał się alkoholem. Gdy próbowałam się bronić i robić wyrzuty, że obiecano mi, ze to będzie już ostatni, padało słowo- wytrych: "Bóg". „Przecież Bóg lubi Trójcę”. „Przecież nie odmówisz, za mnie nie wypijesz?”.Wybieg z postem też nie zawsze pomagał. „Poszczę i nie mogę pić”. „To wspaniale, wypijmy za świętego X/ wypijmy za Boga!”. „Mam chory żołądek/ wątrobę, etc. Lekarz mi zabronił”- „Czacza jest dobra na wszystko” albo-”Ok, będziesz piła piwo”. Jedynym sposobem, by nie wypić zbyt wiele było delikatne moczenie ust, bądź odstawienie kieliszka. Przez dłuższy czas dawałam się namawiać i wlałam w siebie hektolitry czaczy, koniaku i kwaśnego wina domowej roboty,które czasami podchodziło octem. (Niestety moi gospodarze nie należeli do najlepszych producentów tego trunku,choć muszę przyznać- niektórzy robią całkiem niezłe winko, które można kupić za 2,5 lari za litr). Gdy zorientowałam się, że spośród wszystkich kobiet ja piję najwięcej i mojemu kieliszkowi poświęca się zawsze najwięcej uwagi, zaczęłam się buntować. Gdy respektowanie kultury stołu obróciło się przeciwko mnie, a bycie asertywną nie pomogło, zaczęłam zagadywać wszystkich, opóźniając proces picia, moczyłam delikatnie usta, przetrzymując miarkę przez 2-3 toasty. Teraz, gdy stałam się w pewnym stopniu częścią gruzińskiej rodziny, moje życzenia są wysłuchiwane z większą uwagą. „Ilona, wypijesz?” „Ok, ale tylko jeden, bo za godzinę mam lekcję”- i rzeczywiście na jednym z reguły się kończy.
     Polska wielu narodom kojarzy się z krajem płynącym alkoholem. Gruzini raczej takich skojarzeń nie mają. Wielu uważa, że lubi nasz kraj, choć mało kto potrafi powiedzieć za co. Niewielu ludzi orientuje się w polskiej kulturze. Starsza generacja bywała tu „za sajuza”, w armii, bądź w interesach. Gdy mówię im, że jestem z Polski to pytają z jakiego miasta. Odpowiedź nie ma zbyt wielkiego sensu, bo znają właściwie tylko Warszawę, czasami kojarzą też Kraków. Czemu o tym piszę? Ano dlatego, że nie wszystkie nasze zwyczaje są od siebie tak różne, jak niektórym się wydaje. Czytając fragmenty książki J. Kitowicza m.in. o zwyczajach panujących przy pańskim stole w XVIII wieku w Polsce, widzę parodię stołu gruzińskiego. Pozwolę sobie zatem zacytować autora.
U niektórych panów lokaje, hajducy (…) mieli rozkaz raz na zawsze podczas uczty pilnować, kto nie wypił, aby mu dolano; na ten koniec służebni domowi jedni się porozsadzali z flaszami dokoła stołu, drudzy z tymi pod stół powłazili. Jeżeli nie wypijający kielicha swego, broniąc się od dolewki sąsiada, wyniósł go w górę albo za siebie uchylił, pachołek na to czatujący sprawnie mu go dolał; jeżeli skrył go pod stół, to samo zrobił mu siedzący pod stołem służka. I tak ów niedołężny pijak, który nie mógł duszkiem wygarnąć kielicha, kręcił się jak wąż tam i sam, w górę i na dół z kielichem, a wszędzie mu go dolewano, aż póki do dna trunku przybywającego nie wymęczył (…).”

Wspominany wcześniej Kapuściński jest zdania, że porządek przy gruzińskim stole sprawia, że Zagłoba nie wytrzymałby w Gruzji jednego dnia. Hmmm...może był to typ niecierpliwy, ale znalazłby tu godnych kompanów.
     W Polsce, w odróżnieniu od Gruzji, z kolei nigdy nie istniała kultura picia wina. Jednak właściwie mieliśmy coś, co jeszcze zachowało się w szczątkowej formie, a okres świetności przeżywało w latach 80-tych. Myślę, że jest to oryginał na skalę europejską, baa, światową nawet :). W Polsce kwitła kultura picia jaboli- tanich win owocowych. Ileż to piosenek powstało na temat tzw.„siarkofrutów”? Ile wierszy- niektóre z nich były znane tylko na poziomie jednostkowym, inne lokalnym, jeszcze inne zaś w kilku wariantach znane były konsumentom w całym kraju, co można skategoryzować już jako folklor słowny. Ciekawe jest to, że istniało ponad 2000 nazw win owocowych na polskim rynku. Nawet w wikipedii znalazło się hasło, opisujące ten „wytrawny trunek” :).
„Tanie wina produkowane są przez wiele różnych wytwórni w całej Polsce, różnią się znacznie pod względem składu i smaku, jedynym w zasadzie wyróżnikiem win tego typu jest ich niska cena. Słowo "jabol" niemal nigdy nie pojawia się na etykietce, na której zazwyczaj jest napisane "wino owocowe aromatyzowane słodkie/półsłodkie" z odpowiednim przymiotnikiem.”
Dawniej wino punków i młodzieży od zawodówek zaczynając, na ogólniaku kończąc, a także podstarzałych „żulików”, dzisiaj popijane rzadziej, było tematem takich utworów jak „Jabol punk”, „Jabolowe ofiary” KSU, „SO2” Zielonych Żabek, czy „Rzuć jakieś drobne na wino” Brudnych dzieci Sida. Motyw jabola pojawiał się też w filmach- choćby w scenie z „Seksmisji”, gdy główni bohaterowie podczas ucieczki znajdują stary kalosz,a w nim butelkę po „Winie” marki Ostrowin i stwierdzają „Nasi tu byli”. Sięgając po przykłady z życia, swego czasu, choćby na Woodstocku można było usłyszeć powtarzane jak mantra powiedzenie „Ja wohl, ja wohl, ich liebie Agropol”. Przykłady można mnożyć, a prawdziwą kopalnią wiedzy na ten temat jest ta strona.
Niniejszy wpis jest jedynie podsumowaniem moich przemyśleń i ma na celu zasygnalizować pewne różnice i podobieństwa, które zaobserwowałam, w dwóch bliskich mi kulturach. Nie wyczerpuje on natomiast tematu, który być może został już opisany w nieco innym kontekście.

Dla głodnych wiedzy:
Kapuściński R., Zaproszenie do Gruzji [w:] Kirgiz schodzi z konia, Warszawa 1968 ( wyd. I)
Kitowicz J., Opis obyczajów za panowania Augusta III, dostępne w wirtualnej bibliotece UG
Przykładowe tradycyjne toasty gruzińskie

piątek, 23 listopada 2012

Ostatnie wypady

     Gruzińska jesień jest bardzo ładna. Jest druga połowa listopada,a zdarzają się jeszcze ciepłe, słoneczne dni. Na drzewach wciąż rosną pomarańczowe owoce khurmy czy karalioka niespotykane w Polsce. To już mój ostatni miesiąc w Gruzji, więc staram się nadrobić straty. Kilkanaście dni temu razem z nowym wolontariuszami z Zugdidi- Francuzką Caroline i Niemcem Janem pojechaliśmy na stopa do Nokalakevi i Martvili. Poza oczywistym urokiem i wartością historyczną obiektów, które się tam znajdują, są to miejsca tym ciekawsze, że stosunkowo rzadko odwiedzane przez turystów. Do oddalonego o 30 km Senaki dojechaliśmy dwoma samochodami. Stamtąd podwiózł nas Sasha. Jako, że Gruzini z reguły bywają gościnni, on również postanowił się nami zająć i zanim trafiliśmy do celu, obwiózł nas po okolicy. Tak trafiliśmy do rozwalającego się ośrodka dla pionierów nad rzeką Tekhuri. Ponoć Ivanishvili, którego Sasha jest gorącym zwolennikiem ma w tym miejscu postawić nowy ośrodek i zbudować tu odpowiednią infrastrukturę. Największą niespodzianka były jednak gorące źródła. Słyszałam o nich przedtem, wiedziałam, że powinny znajdować się gdzieś w pobliżu Nokalakevi, lecz nikt z pytanych osób nie potrafił ich zlokalizować. Aż tu wreszcie taka niespodzianka! Źródełko jest naprawdę gorące. W najcieplejszym miejscu woda osiąga temperaturę 90 C, w najchłodniejszym ponoć 50 C. Jest ona bogata w siarkę, co czuć z daleka.
     Nokalakevi znane bizantyńskim historykom jako Archeopolis oraz Kartlom jako Tsikhegoji jest oddalone od Senaki 15 km. W tym miejscu znajdują się imponujące ruiny bizantyńskiej twierdzy, grającej kluczową rolę w megrelskim systemie obronnym. Pochodzą one z okresu istnienia państwa Egrisi/ Lazyki, które było przedmiotem wojen Bizancjum, Persji, a także obiektem najazdów Kartlów.
     W Nokalakevi, część uczonych, w tym Frédéric Dubois de Montpéreux, umiejscawia kolchidzką stolicę- Aię, do której płynęli Argonuaci w poszukiwaniu złotego runa. Inni są zdania, ze było to Kutaisi.
     Jako, że Nokalakevi leży na drodze do Martvili, naszym kolejnym celem było to miasteczko. Trzeba zaznaczyć, że na trasie samochodów jak na lekarstwo. W Gruzji o autostop bardzo łatwo, lecz tutaj staliśmy dobre 20 minut zanim zatrzymał się dziadek i podrzucił nas jakieś dwie wioski dalej. Później poszło już łatwiej. Monastyr w Martvili, który był celem naszych odwiedzin można porównać do tego w Gelati. Oba ośrodki pełniły ważna rolę naukowo- religijną w średniowieczu. Monastyr w Martvili - Chkondidi jest starszy. Położony jest on na wzgórzu, z którego można zobaczyć niezły kawałek Zachodniej Gruzji. Góry i lasy. Został wybudowany już pod koniec 7-go wieku. Podczas najazdów turecko - arabskich monastyr został prawie całkiem zniszczony, po czym odbudowano go w wieku X . Najstarsze freski znajdujące się w głównej katedrze sięgają XIV wieku. Niektóre z nich są świeżo poodnawiane. W okresie sowieckim działalność monastyru została zawieszona. Trwało to do 1998 roku, kiedy to patriarcha Ilia II formalnie ją przywrócił. Faktycznie kompleks znów pełni swoją funkcję 5 lat.
     Kręcąc się po kościele trafiliśmy na ślub. To co mnie zawsze uderza to mała ilość osób na ceremonii. W tym przypadku była to para młoda, świadkowie i jakaś kobieta z dzieckiem. Skoro już wspominam o uroczystości kościelnej, to dodam, że gruzińskie wesele do szczególnie hucznych nie należy. Przyzwyczajona do supr, muszę stwierdzić, że jest to większa supra. Czasami tańce też są. Widziałam właściwie tylko tańczących mężczyzn (i było to zaledwie raz). A, że w tańcu można się popisać, to mężczyźni popisywali się swoją zręcznością. Niestety duża część panów woli siedzący lub leżący tryb życia stąd łatwiej ich pewnie zobaczyć przy stole niż na parkiecie :).
       Szczęśliwa, że przed powrotem do Polski dopięłam swego celu, z czystym sumieniem mogłam wrócić do domu.

Gorące źródła w pobliżu Nokalakevi


opuszczony ośrodek dla pionierów

Rzeka Tekhuri

Caroline widziana z ruin twierdzy


Kośćiół 40 Męczenników ( VI w.) wśród ruin Nokalakevi

fot. JMK Abraxas, Senaki- Hipisi są wśród nas :)

Krówka w pobliżu źródła, fot. JMK Abraxas

fot. JMK Abraxas, katedra w Martvili

Freski, fot. JMK Abraxas

fot. Ilona

Odnowione freski, fot. JMK Abraxas

fot. JMK Abraxas
fot. JMK Abraxas; Napotkana w kościele para młoda

Nokalakevi, fot. JMK Abraxas

fot. JMK Abraxas


Nokalakevi, fot. JMK Abraxas
fot. JMK Abraxas

fot. JMK Abraxas

fot. JMK Abraxas

fot. JMK Abraxas; Martvili- tak właśnie suszy się karaliok
fot. JMK Abraxas; Droga powrotna - Khoni i ciekawy pogląd na mężczyzn...

wtorek, 20 listopada 2012

Muzeum w Dzveli Abasha

Dokładnie tydzień temu postanowiłam wybrać się do muzeum Gamsakhurdii. Przejeżdżając nieraz marszrutką z Tbilisi przez Abashę widziałam dużą niebieską tablicę informującą o istnieniu takowego obiektu. Cały czas byłam święcie przekonana, że to wiejski dom pierwszego prezydenta niepodległej Gruzji. Przyjechałam więc do Abashy i skręciłam w dróżkę prowadzącą do wsi Dzveli Abasha. Świeciło ładne słońce, co jakiś czas mijałam gospodarstwa, drzewa owocowe, przydrożne krzaki. Tabliczki informacyjne występują tu rzadko, więc trzeba mieć się na baczności i choć ludzi tu raczej mało, wiadomo- "Koniec języka za przewodnika" :). ( By the way-nie radzę pytać o muzeum, tylko o wieś Dzveli Abasha, gdyż nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, ze tam jakiekolwiek muzeum jest :).) Po ok godzinie przyjemnego marszu dotarłam na miejsce. Otworzyłam furtkę, natknęłam się na fundamenty jakiegoś budynku- miał to być rzekomo hotel. Według spotkanych na miejscu tubylców plany budowy obiektu zostały cofnięte przez kolejnego prezydenta, Szewardnadzego. Gruzińskim obyczajem zostałam zaproszona na jednego (i o dziwo na jednym się skończyło (!) tak jak sobie tego życzyłam), po czym zatroszczono się o mnie i objechałam całą wieś w poszukiwaniu klucza do muzeum. Okazało się, że miała go jedna nauczycielka. Cel mojej wędrówki to mały, drewniany dwuizbowy domek z podcieniami, którego nie powstydziłby się niejeden skansen. W środku fotografie Gamsakhurdii.....Konstatntina, nie Zviada- jego syna, który był prezydentem. Ponadto fotografie rodziny, z synem włącznie, znajomych, listy, dokumenty, biurko, jakaś kozetka i niestety zero słów wyjaśnienia co jest czym i o co tu w ogóle chodzi ze strony osoby, która mnie tam wpuściła. Konstantin Gamsakhurdia, o czym słyszałam już wcześniej był pisarzem i tłumaczem. Urodził się w Abashy w 1893 roku, zmarł zaś w 1975. To wszystko. Dlaczego warto się tu wybrać? Dla spaceru.

droga prowadząca do muzeum

po drodze....

owoce khurmy

coraz bliżej celu....

Cicho wszędzie, głucho wszędzie....


Oto i muzeum


mostek na pobliskiej rzeczce, będącej wg słów na kamieniu nagrobnym, rzeką pokoju

a to sam kamień nagrobny pisarza

wtorek, 13 listopada 2012

Uchodźcy z Gruzji

Poniżej znajdziecie link do ciekawego wpisu. Jest to refleksja na temat ostatnich protestów uchodźców w Polsce. Jedną z najliczniejszych grup przekraczających granice naszego kraju są Gruzini. Będąc w Gruzji bardzo często spotykam się ze stwierdzeniem, że nasze narody od zawsze żyły w przyjaźni, że Gruzini szanują Polaków, a niektórzy z nich pytają o zaproszenie do Polski. Niestety w świetle polskiego prawa większość emigrantów to przestępcy, bo dostali się tu nielegalnie...
A tak bardzo lubimy mówić o Gruzji. Ciekawe jest to, że Polak jadąc do tego kraju nie potrzebuje nawet paszportu. Wystarczy zwykły dowód osobisty. Zdaje się jednak, że my nie jesteśmy tacy przyjaźni jak się uważa. Moje znajome - Gruzinki podróżując czasem do Polski na kilka dni w ramach jakichś unijnych treningów też opowiadały o tym, że zdarzało im się niemiłe traktowanie na lotnisku. Szczegółowe kontrole trwały, mimo że po drugiej stronie zawsze ktoś na nie czekał, mimo że miały komplet dokumentów i przebywały tam legalnie. Czyżby wśród urzędników ciągle panował stereotyp Kaukazczyka - przestępcy i terrorysty? A może zapomnieliśmy już, że my możemy podróżować, a nawet mieszkać praktycznie gdzie chcemy i nas już ten problem nie dotyczy.

http://protestuchodzcow.wordpress.com/2012/11/04/zamkniete-granice-przyczyna-cierpienia-tysiecy-ludzi/

czwartek, 1 listopada 2012

O Abchazji raz jeszcze

     "Gagma Napiri", czyli po polsku "Drugi brzeg" to film Giorgiego Ovashvili, który miał swoją premierę w 2009 roku. "Drugi brzeg" przedstawia społeczne skutki wojny gruzińsko-abchaskiej w latach 1992-1994. Jego głównym bohaterem jest 11-letni Tedo, który mieszka z matką na przedmieściach Tbilisi. Podobnie jak innych  uchodźców, życie go nie rozpieszcza. Musi szybko dorosnąć. Nie chodzi do szkoły. Zamiast tego łapie się różnych, nie zawsze legalnych zajęć, by dopomóc matce. Nie mogąc znieść myśli, że kobieta się prostytuuje, postanawia jechać do rodzinnego miasta Tkvarczeli w Abchazji i odnaleźć ojca. Ale czy mu się to uda?
      Film jest utrzymany w powolnym klimacie. Nie znajdziecie tu wartkiej akcji, lecz dzieje jednego bohatera w przeciągu kilku dni. Tedo to wrażliwy, lecz introwertyczny chłopiec. Zatrzymując na nim uwagę, Ovashvili skłania nas do wczucia się w jego sytuację, zagłębienia w świat przeżyć i przekroczenia nieznanej granicy. Co ciekawe Tedo to prawdziwe imię młodego aktora. Zastanawiam się czy cokolwiek z opowiedzianej historii spotkało go w życiu prywatnym. A może przydarzyło się to komuś z jego znajomych, bliskich?
     Niewątpliwym walorem filmu jest ukazanie wielowymiarowości ludzkich postaw. Wbrew temu co znajomy chłopak opowiada Tedowi, Abchazi wcale nie piją gruzińskiej krwi i nie grają w piłkę ich czaszkami. Mimo powojennych uprzedzeń i obaw okazują się pomocni, serdeczni, a nawet pamiętają gruziński. Z kolei nie każdy napotkany rodak, który ofiaruje swoją pomoc okazuje się być przyjacielem.
Kolejną zaletą jest świetna gruzińska muzyka tradycyjna, którą słychać na samym początku i w końcówce filmu. Dodaje ona obrazowi swoistego, lokalnego klimatu.
     Pourywane, niedopowiedziane sceny mogą niektórych denerwować. Jednak ten brak dosłowności ma swoje zalety. Każe widzowi domyślać się reszty. Wydaje się, że to celowy zabieg reżysera.




Produkcja:          Gruzja, Kazachstan

reżyseria:
scenariusz:
w głównej roli:      Tedo Bekhauri