Łączna liczba wyświetleń

środa, 28 marca 2012

Pałac Dadianich.

Pałac Dadiani i urządony w pobliżu park, jest chyba najciekawszym miejscem w Zugdidi. Należał on do
słynnej megrelskiej dynastii Dadianich. Znany jest także jako Pałac Królowej, zbudowany w  1873 roku na miejsce nieistniejącego już Pałacu Davida Dadiani. Dzisiaj jest to muzeum. Odwiedzający może zobaczyć w nim zbiory biblioteczne, meble, zestawy porcelany i bogate wnętrza  domu rodziny. Najbardziej interesujące okazały się dla mnie ryciny z epoki, z XVIII-XIX wieku, na których można ujrzeć dawne gruzińskie miasta. Ciekawe jest zestawienie ich współczesnego wyglądu z tym, jak wyglądały dawniej. Na rysunkach można rozpoznać czasem charakterystyczne punkty poszczególnych miast, takie jak stare kościoły, twierdze, wzniesienia.

Z rodziny Dadianich wywodzi się najsłynniejszy gruziński szchista, Andria Dadiani, który na początku XX wieku wygrywał niejednokrotnie europejskie mistrzostwa szachowe, zaś w latach 1900-1904 był prezesem zawodów szachowych Monte Carlo. Z nim wiąże się wiele pamiątek, takich jak choćby zestaw szachów, fotel z emblematem A. Dadianiego, biblioteka. Na jednej z XIX- wiecznych rycin można zobaczyć jego pałac w Kijowie. Rodzina Dadianich należała, obok Chavchavadze i Orbeliani, do jednego z najmożniejszych i najznamienitszych gruzińskich rodów. Gdy prostemu człowiekowi żyło się niezbyt zamożnie, rodziny te wprowadzały do Gruzji europejskie wzorce, organizowały wystawne bankiety, spraszały europejską śmietankę towarzyską. Na ich salonach gościli Michaił Lermontow, Aleksander Puszkin, Dumas, Gribojedov. Z A. Gribojedovem wiąże się romantyczna historia miłosna. Otóż będąc na balu u pisarza Aleksandra Chavchavadze, ujrzał on jego 16-letnią córkę Nino. Po krótkiej rozmowie przypadli sobie do gustu, a jakiś czas później 15 lat starszy Gribojedov poprosił dziewczynę o rękę. Gribojedov pełnił wówczas funkcję carskiego ambasadora w Iranie. Były to bardzo niespokojne czasy, Irańczycy byli nieprzychylnie nastawieni do carskiego najeźdźcy i organizowali bunty. Ambasador, wraz ze swoją młodą żoną postanowili jechać wspólnie w delegację do Iranu. Na szczęście dla Nino, kobieta poczuła się słabo i została w apartamencie, zaś Gribojedov sam udał się do ambasady w Teheranie. Tam spotkała go śmierć. Rozwścieczony tłum wdarł się do budynku i zlinczował wszystkich urzędników. Od tego czasu, 17 letnia już Nino Chavchavadze nigdy nie zdjęła żałobnego stroju (odtąd zwano ją czarną różą Tyflisu [Tbilisi], gdyż  tam w rezydencji swego ojca oraz w pałacu Tsinandali, w Kachetii, spędziła resztę swego życia) i  mimo wielu propozycji małżeństwa,nie wyszła ponownie za mąż. Na Nagrobku męża, pochowanego na górze Mtacminda w Tbilisi, kazała napisać po rosyjsku: "Twój duch i osiągnięcia będą zapamiętane na zawsze. Dlaczego moja miłość przeżyła ciebie?"
Jej siostra, Ekaterine, wyszła za Davida Dadiani, z którym miała czwórkę dzieci, w tym wspomnianego już Andrię Dadiani.
W muzeum można znaleźć także portrety i obrazy poświęcone Napoleonowi I, a także jego pośmiertną, brązową maskę, wykonaną w 1833 roku. Pamiątki związane z wodzem wniósł do Pałacu wnuk siostry Napoleona, Caroliny, książę Ashille Murat, mąż jednej z  córek księcia Davida Dadiani.
Niestety nie wszystkie komnaty są udostępnione zwiedzającym. Sumptem japońskiego rządku i japońskich fundatorów, pałac jest wciąż odnawiany. W środku obowiązuje całkowity zakaz fotografowania, dlatego też dołączam zewnętrzną fotografię budynku.




czwartek, 22 marca 2012

Tbilisi- nowe impresje i supra z Gruzinami

Współlokator z Litwy musiał jechać do lekarza do Tbilisi. Gdy tylko dowiedziałam się o jego zamiarze, postanowiłam się z nim zabrać. W tym miesiącu nie narzekam jeszcze na nadmiar wolontariackich obowiązków, a odpoczynek od Zugdidi dobrze mi zrobił. Po raz kolejny ożyły wspomnienia z pierwszej wizyty w Gruzji. Co ciekawe, przez ostatnie półtora roku sporo się zmieniło. Wiele się odnawia. Choć Gruzini, z którymi niejednokrotnie miałam przyjemność rozmawiać, mają ambiwalentny stosunek do swojego prezydenta, przyznają, ze wkłada on wiele pracy w odnowę stolicy. Można to zauważyć np. na ulicy Mardanashvili, która zaczyna przypominać łódzką Piotrkowską. Zapuszczając się jednak w boczne uliczki dzielnic mieszkalnych, można przekonać się, że jeszcze wiele do naprawy. Niemniej jednak stolica pięknieje, dziur w drogach ubywa, a to z pewnością przyciąga turystów. Nie jest jednak tak różowo, gdy pozna się realia, w których przyszło żyć miejscowej ludności. W stolicy, owszem, łatwiej o pracę. Jednak zarobki pozostawiają wiele do życzenia. Jak twierdzą Gruzini, niektórzy zarabiają 100-120 lari miesięcznie, a poza niską ceną alkoholu, podróży i papierosów, panuje drożyzna. Jeden z tbiliskich artystów powiedział mi, że  zna dziewczyny, które z tego powodu się prostytuują, jednak społeczeństwo przymyka na to oczy, gdyż  życie z prostytucji jest wielkim poświęceniem, zważywszy jeszcze na fakt, że w Gruzji bardzo liczą się relacje rodzinne i z pewnością te dziewczyny nie pracują tylko same na siebie. On sam co miesiąc pomaga nie tylko rodzinie, ale również sąsiadowi. Dzieli się z nim podstawowymi artykułami. Artyści pod każdą szerokością geograficzną miewają ciężko. Jeśli uda im się sprzedać kilka obrazów, wypada tłusty miesiąc, jeśli nie, bywa krucho.

     Zmierzając w kierunku Alei Rustavelego, ujrzeliśmy szerokootwartą furtę na przydomowe podwórze. Na podwórzu, na jednej ze ścian budynku wisiał wizerunek towarzysza Lenia. Z reliktami przeszłości tego typu spotykałam się już na prowizorycznych, ulicznych targach w Tbilisi, gdzie ludzie sprzedają starocia. Można tam kupić medale, stare książki po gruzińsku i rosyjsku, rogi do picia wina- khanci ( kupiliśmy z Rajmundusem dwa, placąc lącznie 8 lari), piękną wazę, pamiątkowe monety, paszporty Związku Radzieckiego ;), a także popiersia, dzieła i portrety jego minionych bohaterów. Postanowiłam cyknąć fotkę okazałemu Leninowi do mojej kolekcji. Czułam się nieco nieswojo zaglądając tak bezczelnie na czyjeś podwórko, poprosilam więc o to Rajmundasa ;). Bezpardonowo wkroczył na placyk i cyknął fotkę. Tam kilku sympatycznych Gruzinów urządziło sobie ucztę, zakrapianą alkoholem. Okazało się, że ten Lenin celowo tam wisi, by wabić ludzi.(Nikt z zebranych nie darzył go szczególną sympatią.) Trafiliśmy na sympatycznych gruzińskich artystów i ich przyjaciół, na Leselidze 49. Tak bardzo spodobało nam się ich towarzystwo, że następnego dnia postanowiliśmy tam wrócić, wnosząc zakupione po drodze czerwone, gruzińskie wino.

Turecka łaźnia na Banotubani, z której chętnie korzystali Dumas i Puszkin

Jedna z tbiliskich ulic


rzeka Mtkvari

król Dawid Budowniczy. Wzmocnił państwo w XI wieku, Gruzini mają hopla na jego punkcie do dziś ;).

uliczny targ w Tbilisi
Tow. Lenin na ulicznym targu w Tbilisi ;).


Tow. Rajmundas i tow. Stalin, znaleziony na ulicznym targu.

tbiliscy artyści i ja

Pracownia artystyczna przy Leselidze 49

Tow. Lenin preferuje małe miarki. Gdy Rajmundas podkładał mu szklanicę, 10 razy gasł mi aparat...



Zugdidi, odsłona druga...

Niejedno miejsce zyskuje czar pod wpływem ładnej pogody, pięknej opowieści, pamiętnego zdarzenia. Takim miejscem jest właśnie Zugdidi. Nie ma ono ani wielkości, ani czaru Tbilisi. Nie może poszczycić się tyloma zabytkami, co stolica. Ba, co niejedno większe miasto. Jednak, gdy na zewnątrz świeci słońce, ustaje wiatr i na niebie pojawia się tęcza, miasto to zyskuje dziwną, pozytywną aurę. Już nie rażą dziury w drodze i powszechny chaos miasteczka. Gruzińskie domy, o charakterystycznym, willowym wyglądzie, palmy rosnące nieopodal, miejsko-wiejski klimat, widoczny na każdym kroku, niewielkie odległości dzielące poszczególne cele naszej wędrówki, to wszystko sprawia, że Zugdidi jest na swój sposób miejscem wyjątkowym. I powiem szczerze, że zaczynam je naprawdę lubić.
Rzeka w pobliżu mojego domu

Widok na peryferia o 7:00 rano.

niedziela, 11 marca 2012



Piąty dzień siedzę w Zugdidi. Zimowa pogoda i towarzysząca jej temperatura nie byłaby niczym nadzwyczajnym, gdyby nie brak centralnego ogrzewania w gruzińskich domach. Razem z litewskimi wolontariuszami dogrzewamy się przedpotopowymi farelkami. Ale idzie wytrzymać. Póki co, moje otoczenie jest mało gruzińskie. No chyba, że pójdę do sąsiedniego sklepiku i łamaną rusczyzną poproszę o chleb, czy ser. Mimo to, muszę przyznać, że mieszka mi się tu całkiem dobrze i jest możliwe, że niebawem przydzielą mi gruzińską rodzinę, z którą będę mogła jakiś czas pomieszkać, łyknąć lokalnej kultury, zwyczajów i liznąć języka. Co do Zugdidi- stolicy regionu Megrelia ( Samagrelo Zemosvaneti),.... mistrzowie propagandy potrafią przedstawić nawet najbrzydsze rzeczy w jaskrawym świetle, czyniąc z nich coś niepowtarzalnego. W rzeczy samej, tak było w przypadku Szkodry, tak jest też z Zugdidi. Miasto ma kilka ciekawych punktów, jak pałac Dadianich, czy piękny, średniowieczny kościół. Jednak ogólne wrażenie jest trochę przygnębiające. Zugdidi wygląda jak europejskie miasto, które lata świetności ma dawno za sobą. Zniszczone kamienice, ruchome płyty chodnikowe, piękny budynek teatru, który z braku pieniędzy niszczeje na naszych oczach. Najfajniejszym miejscem w mieście wydaje się być bazar. Kupi się tu praktycznie wszystko po niższej cenie niż w sklepach. Dzięki niemu jakoś przetrwam.
Jedna z ulic. Ta akurat wiedzie do mojej organizacji.

Po zmroku. Od razu przychodzi na myśl kawałek Lecha Janerki, " Strzeż się tych miejsc".

Zugdidi na pocztówcze