Łączna liczba wyświetleń

piątek, 31 sierpnia 2012

Pomoc czy antyreklama?

     Ostatnio miałam okazję obejrzeć program emitowany przez TVN. Dotyczył on problemów socjalnych w Gruzji, a ściślej problemów najmłodszych. Pisałam już o tym, że nie wszystko wygląda tak pięknie, jak byśmy tego chcieli. Jednak czuję się w obowiązku sprostowania rewelacyjnych danych przytoczonych przez panią Magdalene Różczkę. Wspomniana celebrytka jest tak zwanym "ambasadorem dobrej woli" UNICEF. Razem z organizacją odwiedza różne kraje i zdaje raporty. Nie wiem skąd tak wysokie statystyki,lecz wg UNICEFU w Gruzji 1500 dzieci żyje na ulicach, 60 % nie chodziło nigdy do szkoły, a domy dziecka "pękają w szwach".
     Owszem, jak już wcześniej wspominałam na swoim blogu to, że  pewnych rzeczy nie widać na pierwszy rzut oka, nie znaczy, że ich nie ma. Jednak jestem w Gruzji już prawie 6 miesięcy i szczerze mówiąc jestem zaskoczona tym co mówi celebrytka. Nie tylko ja mam podobne odczucia. Z kimkolwiek bym nie rozmawiała, kto przebywał w Gruzji przynajmniej dwa miesiące twierdził, że informacje podane w programie nie pokrywają się z rzeczywistością.
     Po pierwsze nie zgadzam się z twierdzeniem, że na ulicy jest pełno żebrzących dzieci. Żebrzących w Gruzji w ogóle jest stosunkowo niewielu. Można zobaczyć ich z reguły w większych miastach, takich jak Tbilisi, Batumi, Kutaisi. Są to przeważnie stare kobiety, które nie mogą się utrzymać z nędznej emerytury i wygląda na to, że nikt z rodziny z różnych powodów nie może im pomóc oraz Romki, bądź Kurdyjki wraz z dziećmi lub same romskie czy kurdyjskie dzieci, wysyłane na ulicę przez rodziców. Niektórzy dodatkowo nagabują kupców, sprzedając świece czy święte obrazki, bądź tak jak ma to miejsce na stacji marszrutek w Batumi, wciskają na siłę swój towar naiwniej wyglądającym podróżnym.Gruzińskie dzieci wśród tej grupy to rzadkość. Ponadto biorąc pod uwagę znaczenie, jakie dla Gruzinów ma rodzina, przesadą jest mówienie, że domy dziecka pękają w szwach. Naturalnie one istnieją. Dzieci, które tam trafiają nierzadko pochodzą z patologicznych rodzin. W jednej, z takich instytucji w Rustavi odbywała swój EVS polska wolontariuszka. Jej opisy, zamieszczone na blogu pokrywają się z relacją pani Różczki o społecznych sierotach. (Patrz: http://mojemyslirozniaste.blogspot.com/2010/04/co-ja-robiam-w-gruzji.html)Nie można jednak uważać patologii za normę.
     Co do kwestii obowiązku szkolnego w tym kraju, byłam przekonałam, że we wszystkich byłych krajach ZSRR taki obowiązek istnieje. Żeby jednak dowiedzieć się czegoś więcej przeszukałam internet. Niestety nie znalazłam nic. Wypytałam więc o to Gruzinów. Zdawało się, że nie zawsze mnie rozumieli. Z udzielonych mi odpowiedzi wnioskuję, że rzeczywiście obowiązek szkolny w Gruzji nie istnieje. Nikt jednak się nad tym nie zastanawia, gdyż uzyskanie wykształcenia, przynajmniej na poziomie podstawowym (9 klas, potem następuje egzamin pozwalający wybrać sobie trzyletnią naukę w klasie profilowanej, odpowiadającej liceum, technikum czy zawodówce) jest uznawane za obowiązujące minimum i nie znam nikogo, kto by nie posłał swojej pociechy do szkoły. Ruso, siostrzenica mojej gosposi mówiła, że na niektórych wsiach w bardzo biednych rodzinach rzeczywiście zdarzało się, że rodzice wstydzili się wysłać dziecko do szkoły, gdyż nie mieli pieniędzy na podręczniki. To prawda, że w wielu rodzinach się nie przelewa, a zarobki są naprawdę niskie. 3 lata temu prezydent zatwierdził niewielką dotację na książki. Jest to zaledwie 20 GEL, lecz pomoc ta może się zwiększyć, tym bardziej, że kładzie się coraz większy nacisk na rozwój edukacji. (Podejrzewam, że utrudnienia w dostępie do edukacji mogą mieć także dzieci, które mieszkają w trudno dostępnych, górskich rejonach, odciętych na kilka miesięcy przez śnieg, gdzie do najbliższej szkoły jest kilkanaście kilometrów. Jednak mówienie, że niechodzenie do szkoły jest w Gruzji normą niewątpliwie obraża jej mieszkańców.)
     Reforma szkolnictwa trwa. W bieżącym roku nauczyciele będą zdawali ogólnopaństwowy test wiedzy i kompetencji, a także maja przejść szkolenia, poprawiające jakość kształcenia. Ci, którzy zdadzą test będą zarabiać 800 GEL miesięcznie, co jest już całkiem niezłą płacą jak na lokalne warunki. Dodatkowo w bieżącym roku szkolnym rusza trzecia edycja programu TLG (Teach and Learn with Georgia), dzięki któremu native speakerzy z anglojęzycznych krajów mają poprawić poziom nauki angielskiego. Prawdopodobnie w niedalekiej przyszłości program ten obejmie także inne zachodnioeuropejskie języki, choćby takie jak francuski czy niemiecki. Co ciekawe, mimo iż nauka w Gruzji na wyższym poziomie jest płatna (czesne na studiach dziennych, bądź koledżach wynoszą w przybliżeniu tyle, co studia zaoczne w Polsce) wielu osobom zależy, żeby się kształcić.
     Wydaje mi się, że jeśli ktoś jadąc do konkretnego kraju ma wcześniej nakreślony w głowie pewien schemat, dysponuje konkretnymi danymi, (chciałabym wiedzieć w jaki sposób prowadzone były powyższe statystyki.) wszelkie ujrzane nieprawidłowości uzna za dowód na poparcie swojej teorii. Dobrze, że są ludzie, którzy chcą pomagać. Gruzja jest niewątpliwie krajem biedniejszym niż Polska, gdzie placówki takie jak szkoły,domy dziecka, itp. wymagają remontów, a ludziom nie żyje się lekko. Jednak nieświadome robienie  temu krajowi antyreklamy na pewno do niczego dobrego się nie przyczyni.
Poniżej możecie obejrzeć wspomniany program:
http://dziendobry.tvn.pl/video/gruzinskie-dzieci-ulicy,111,newest,48896.html

wtorek, 28 sierpnia 2012

Reklama chrztu

Wspominałam już kiedyś na swoim blogu o dużej liczbie aborcji w Gruzji. Czynnik, który w ostatnim czasie obniżył liczbę zabiegów wypływa z autorytetu patriarchy Gruzińskiej Cerkwi. Nie chodzi tu o krytykę zabiegu samego w sobie, co czyni np. Kościół rzymsko-katolicki w Polsce. Z pewnością nie przyniosłoby to i tak spodziewanego efektu. Patriarcha obiecał wszystkim, którzy spodziewają się trzeciego dziecka z kolei, że osobiście stanie się ojcem chrzestnym ich pociechy. Ostatnio w gruzińskiej telewizji puszczana jest reklama informująca co należy zrobić, by skorzystać z tej możliwości. Najpierw trzeba zarejestrować się w internecie, by człowiek oddelegowany przez samego patriarchę mógł przyjechać na chrzest i osobiście wręczyć zainteresowanym dokument z podpisem Ilii II.
Gruzini są bardzo religijni. W życiu jednak dominuje u nich tzw. "tradycja", która pozwala im na bardziej luźne traktowanie boskich przykazań (patrz: sex po gruzinsku). Religijność ma tu charakter przede wszystkim wizualny, co objawia się m.in. umieszczaniem dewocjonaliow w każdym możliwym miejscu, żegnaniem sie przed każdą cerkwią, krzyżem napotkanym na drodze, etc., surowszym niż w  Polsce przestrzeganiem postów-też nie przez wszystkich- a takze wspominaniem o Bogu przy każdym toaście. Z pewnością dlatego posiadanie w domu, w widocznym miejscu świadectwa chrztu swojego dziecka z wyraźnym podpisem patriarchy musi być powodem do dumy.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Borjomi


Tegoroczne wakacje, spędzone akurat w Gruzji zostały zwieńczone kilkoma ciekawymi wypadami. Jednym z nich był wyjazd do Parku Narodowego Borjomi-Kharagauli. Towarzyszył mi Paweł, który opracował część poniższego tekstu. Mamy nadzieję, że znajdziecie w nim trochę wskazówek, które uchronią was przed popełnieniem podobnych błędów na trasie. 

Park Borjomi- Kharagauli leży w środkowej części Gruzji i jest największym parkiem w kraju, a   według  ulotki   promującej   jednym   z   największych   w   Europie.   Założony   w   1995   roku   jest pierwszym rezerwatem na Kaukazie. Jego powierzchnia liczy sobie ponad 85000ha, a różnica wysokości między najwyższym a najniższym jego punktem sięga blisko 2000m. Park oferuje 9 oznaczonych tras o zróżnicowanej długości i poziomie trudności. Szlaki mają swój start w różnych miastach przylegających do parku, w samym Borjomi i Kharagauli nie zaczyna się żaden z nich. Podstawowe dwa szlaki - 1 oraz 2, mają swój start kolejno w Likani i Atskuri. Wioska Likani jest około godziny drogi pieszo od Borjomi, można dostać się do niej autobusem (30 tetri), który wyrusza z centrum miasta. My postanowiliśmy ruszyć właśnie trasą numer jeden, która liczy sobie 43 kilometry i w założeniach przebywa się ją w trzy dni. Trasa 2 jest jeszcze dłuższa, (ponad 50 km), pozostałe mają mniej niż 20 km.

Przed wyruszeniem do parku teoretycznie należy wykupić przepustkę w Park Administratrion, które  mieści się na zachodnim skraju miasta Borjomi. Cena za noc w schronisku to 10 lari od osoby, 5 lari za osobę w namiocie. W praktyce nikt tego nie sprawdza, więc sugerujemy oszczędnym darować sobie formalności i iść od razu do parku. Jedyny plus wizyty w administracji to darmowa mapa. Trasa numer jeden zaczyna się w Likani, do którego jest około 3-4km z Borjomi. Autobus jest tani, niestety my wysiedliśmy zbyt wcześnie (nie wysiadajcie przed wielką, różową bramą z napisem "Likani" na drugim przystanku, jedźcie do końca) i kilkadziesiąt minut szliśmy pieszo w niepewności, bo oznaczeń było jak na lekarstwo. Jedynie w samym centrum Likani był schematyczny znak z drzewem i jeleniem wskazujący drogę do bram parku. Dalej droga wiodła na północ przez małą wioskę, aż do parku właściwego, który oznaczony był bramą i małą budką. 


Dalej szliśmy przyjemną drogą pośród lasu, aż do miejsca piknikowego, na które warto zwrócić uwagę. Strzałka z oznaczeniem 1 sugeruje pójście w lewo, pod górę, odbicie od polnej drogi samochodowej. Ścieżka wydała nam się jednak zbyt prowincjonalna i postanowiliśmy iść drogą samochodową, na której nie było żadnych oznaczeń. Podążaliśmy nią przez dobrą godzinę. Nie była to łatwa droga, bo wiodła ostro pod górę, na dodatek często była odsłonięta, a więc słońce grzało nas mocno w głowy i karki. Zrezygnowani podczas odpoczynku zauważyliśmy Polaków, których spotkaliśmy w Likani, oni też szli tą trasą, ale jak się okazało wszyscy byliśmy w błędzie - należało skręcić w lewo. Najważniejsza zasada - podążać za znakami (gorzej, gdy ich czasem nie ma, a to w ciągu całej naszej wędrówki nie należało do rzadkości). Nieco zirytowani wróciliśmy do tamtego punktu i ruszyliśmy prawidłowym szlakiem. Polacy opadli z sił i rozstawili namiot na jednej z polan - ich wizyta w parku ograniczyła się więc do męczącego i nieciekawego szlaku. My nie poddaliśmy się tak łatwo i szliśmy dalej. Ścieżka mocno pięła się pod górę. Szliśmy dobre trzy godziny, kiedy rwące od ciężkich plecaków plecy, obolałe nogi i nadchodzący wieczór zatrzymały nas na małej polance, gdzie przecinało się kilka szlaków. 

Następnego dnia okazało się, że stosunkowo niewiele kilometrów dzieliło nas od schroniska turystycznego "Lomi", które nazwę swą wzięło od pobliskiego, górskiego szczytu (Lomis mta-2137 m.n.p.m.). Wspomniane schronisko to niewielki, drewniany domek z kompletem piętrowych, drewnianych łóżek. W środku ponadto jest stolik, jakieś krzesła i półki. W   pierwszym   ze   schronisk   znajdowała   się   ponadto tzw. pećka, czyli metalowy kominek, na którym jeśli chce wam się zbierać chrust, można coś ugotować. Naczyń tam jak na lekarstwo, więc dobrze mieć jakiś garnek ze sobą. Na luksusy w postaci łazienki stanowczo nie ma co liczyć. Pół kilometra dalej idąc w głąb lasu znajdziecie plastikowe rury ciągnące wodę. Na pierwszych dwóch odcinkach trasy (pomijając ostatnie kilometry drugiego odcinka) nie ma żadnego innego dostępu do wody, dlatego należy wcześniej wyposażyć się w kilka butelek tego drogocennego napoju, a potem już w miarę możliwości je uzupełniać. Dalej trasa była umiarkowana - trochę w górę, trochę prosto, rzadziej w dół. Niemniej jednak był to najciekawszy   odcinek,   gdyż   spory   kawałek   prowadził   po   górskich   grzbietach,   przez   co   nie zmęczyliśmy się tak jak pierwszego dnia, a widoki były przecudne. Zielone łąki porozrzucane wśród skał. Pasące się po drodze bydło, iglaste drzewa, roślinność do pasa i zasnuwająca widok mgła, jakby chmury dotykały nieba. To wszystko sprawiało, że pomimo wysiłku czuliśmy się naprawdę szczęśliwi. W tym miejscu łatwo się pomylić i po przejściu ok. 3 pierwszych kilometrów zboczyć w innym kierunku. Na mapie droga zaznaczona jest jako przeciwległa do kościoła. Niejednokrotnie turyści dają się uwieść malowniczością miejsca i kierują się w stronę małego kościółka stojącego samotnie wzgórzu. Dodatkowo brak żadnych oznaczeń przez jakieś 0,5 km może wywołać wątpliwości. Właściwa droga pnie się w górę, obok małej,  przypominającej   altankę,   chatki   i   końskich   zagród.   Potem   piękna,   górska   droga   to   już   sama  przyjemność. Nie chcieliśmy nadrabiać niepotrzebnych kilometrów, a mając ze sobą namiot mogliśmy rozbić się wszędzie, więc postanowiliśmy ominąć teren drugiego schroniska, "Sakhvlari" i ruszyć dalej. Końcówka drugiego odcinka trasy charakteryzuje się częstymi zejściami, aż do sporego, górskiego potoku, gdzie często trzeba skakać po śliskich kamieniach. Jedno z nas ma pewne, niemiłe doświadczenia z tym związane. I znowu nie udało nam się dotrzeć tam, gdzie planowaliśmy. Zaczynało się robić coraz ciemniej, a droga wiodąca obok strumienia była naprawdę niebezpieczna i wymagała dużego skupienia. Kamienie były śliskie, potok rwący, a skoki, które trzeba było wykonywać nierzadko dalekie. Udało nam się na szczęście znaleźć kawałek płaskiego terenu na namiot, gdzie przenocowaliśmy.

Rano ruszyliśmy z dużym zapałem planując dojść do granic parku. Droga dalej wiodła przy potoku - zalecamy dużą ostrożność - a potem czekało nas delikatne zejście przez las. Po drodze spotkaliśmy sympatycznego, porzuconego psa, który towarzyszył nam aż do wyjścia z parku. Tak więc doszliśmy do rozstaju dróg. Oznaczenia w tym miejscu mogą zmylić niejedną osobę. Strzałki z 1-ką wiodą w stronę mostu, zaś inne strzałki z 1-ką i 2-ką w przeciwnym kierunku. Główkowaliśmy w którą stronę iść, gdyż dość już mieliśmy nadrabiania zbędnych kilometrów, ostatecznie wybraliśmy trasę wiodącą... właśnie do schroniska. Jeśli chcecie iść dalej należy przejść przez most. Tam droga wiedzie wzdłuż rzeki 7 km do strażnicy i wyjścia. Dodatkowe 10 km należy iść do najbliższej stacji kolejowej w zapadłej, górskiej  wsi,  Marelisi. Ciężko tam cokolwiek kupić. Dopiero przejeżdżając autostopem, który cudem zatrzymał się na   takim pustkowiu, przez wieś Sagandzile do miasteczka Kharagauli, widziałam po drodze jakieś sklepy. Nasza odyseja nie zakończyła się jednak tak łatwo, gdyż jak już wspomnieliśmy, poszliśmy w złym kierunku. Musieliśmy przenocować w schronisku. Przed nim znajdował się kran z bieżącą wodą, a tuż obok rzeczka, więc problem wody pitnej i obmycia się z trudów wędrówki został rozwiązany. 

Następny dzień spędziliśmy  na błądzeniu. Przypadkowo, kierując się znakami, które dla wszystkich tras mają jednakowe czarno-żółte barwy, trafiliśmy na ścieżkę numer 2. Kolejna ważna zasada - jeśli chodzi o drogę, zawsze ufajcie spotkanym po drodze Gruzinom, nawet, gdy to, co mówią nie zgadza się z waszym wyobrażeniem. Mieliśmy szczęście, gdyż na takim odludziu spotkaliśmy Gochę. Poinformował nas, że idziemy w złym kierunku. Zmęczeni i trochę źli na niego, że burzy nasz światopogląd, daliśmy namówić się na wspólny posiłek. Następnie dołączył do nas jego kolega, Aleksander i zamiast iść dalej, utknęliśmy na dwie godziny na ganku jego domu, protestując słabo, gdy dolewano nam koniaku i piwa. Tak więc odurzeni nieco słońcem i   alkoholem musieliśmy wracać do schroniska. Korzystając z nadmiaru wolnego czasu zrobiliśmy nawet pranie. Jednak duża wilgotność powietrza sprawiła, że nasze ubrania nie miały nawet szansy wyschnąć, przez co następnego dnia nasze plecaki stały się jeszcze cięższe. W swojej upartości chcieliśmy  powrócić w to   samo miejsce, niepostrzeżenie przejść obok domu Alego i ruszyć w dalszą drogę, jednak na szczęście z samego rana do naszej kryjówki nadeszło trzech Gruzinów. Dwóch z nich szukało swoich znajomych. Okazało się, że przyszli z samego Marelisi, więc o pomyłce nie mogło być już mowy. Tak więc wzięliśmy się w garść, przeszliśmy 20 km, podziwiając przy okazji naprawdę piękne widoki. Tym razem już nie szliśmy po górach, lecz przez las, wzdłuż rzeki, przechodząc po drewnianych mostach. 

Następnie, jak już wspomniałam udało nam się złapać jeepa do Kharagauli, który zawiózł nas do restauracji. Nasze wygłodniałe żołądki, żywione  sucharami, ciastami i fasolką po bretońsku z zadowoleniem przyjęły pełnowartościowy, gruziński posiłek. Prawie wpadliśmy w euforię na myśl o tym, że "niedługo będziemy w domu", aż zapomnieliśmy o gruzińskich realiach. Była 15:30, gdy trafiliśmy na  dworzec. Według  rozkładu, który wisiał  na  ścianie,  a  także  wyświetlany  był  na monitorze, o godzinie 2:23 powinniśmy mieć pociąg. Zdążyliśmy obejść dwa razy miasteczko, potem zaczęliśmy czytać książki, czekając pokornie na panią w okienku, której przerwa obiadowa wydłużała się już o godzinę. Niestety okazało się, że pociąg taki już dawno nie jeździ, bądź jeździ, ale  nie  tego  dnia.  Zrezygnowani  chcieliśmy  łapać  stopa.  Byliśmy trochę  poirytowani  tym, że straciliśmy bezsensownie dwie godziny na czekaniu, zamiast stać już na drodze. Obawialiśmy się tylko, że nawet jeśli wygląda ona nieco lepiej, utkniemy gdzieś na noc. Po czterech dniach tułaczki i spania w namiocie marzyliśmy tylko o tym, by wziąć prysznic i położyć się we własnym łóżku. Plan autostopowy uległ jednak szybkiej zmianie, gdy napotkani mężczyźni poinformowali nas, że za pół godziny odjeżdża pociąg do Kutaisi, a bilet kosztuje tylko 1 GEL. 

W Kutaisi czekała nas noc na całkiem schludnym dworcu. Kładąc karimatę na metalowych krzesełkach można uzyskać całkiem wygodne łóżko. W taki sposób przespaliśmy całą noc, a rankiem ruszyliśmy autostopem do Zugdidi. Kolejna wskazówka dla podróżujących - najlepszym środkiem transportu w Gruzji jest autostop-szybko i bez komplikacji, bądź marszrutka - często i w miarę szybko. Najbliższy pociąg do Zugdidi był o 13:00 i wlókł się zapewne 3, 4 godziny.

Poniżej umieszczam zdjęcie mapki i garść fotek z wyprawy. 
Na mapce na czerwono zaznaczone są kolejno-wejście do parku, trasa, kościół, skrzyżowanie i rzeka, znajdująca się już poza parkiem.

Szczegolowa mapa naszej trasy
Widok na Borjomi
Droga wiodąca do administracji Parku Borjomi- Kharagauli
W mieście


droga do Likani z perspektywy pieszego
wrong way ;( odcinek pierwszy

Początek trasy. Należy podążać za krasnalem.
Pierwszy odcinek trasy. Gęsty las i ciągle pod górę. „Kiedy to się skończy?!”
na trasie
Pierwszego wieczoru,na skrzyżowaniu trzech tras.



Schronisko Lomis
Wnętrze

Źródło wody pitnej 0,5 km od schroniska

Domek, od którego należy iść prosto, pod górkę





Chillout na wzgórzu
















ostatnie schronisko

niedziela, 19 sierpnia 2012

Kortskheli

Przeglądając różne zdjęcia z Gruzji, natrafiłam na fotki z jednej wycieczki, o której nie miałam jeszcze okazji wspomnieć na blogu. Pod koniec kwietnia, gdy dni były już wystarczająco ciepłe, żeby czasami przywdziać bluzkę na krótki rękaw postanowiłam po raz pierwszy rozejrzeć się po najbliższej okolicy. Po przestudiowaniu mapy Megrelii, wybór padł na położoną 8 km dalej wieś Kortskheli. Korzystając z uroków ładnej pogody postanowiliśmy z kolegą wybrać się tam pieszo. Szosa wschodzi nieco pod górkę, więc po zimowym leniuchowaniu- marzec w Zugdidi był jak najbardziej zimowy- dostałam lekkiej zadyszki. Jednak piękne widoki zrekompensowały mój wysiłek :). Warto podkreślić, że z drogi prowadzącej do wsi pięknie widać góry Swanetii i Abchazji oraz zieloną Nizinę Kolchidzką. We wsi na wzgórzu, przy cmentarzu wznosi się 17-wieczny kościół, zbudowany w latach 1624-1639, ufundowany przez księcia Levana II Dadiani. Budowla utrzymana jest w dobrym stanie, lecz znajdująca się obok dzwonnica wymaga remontu (o ile bedzie jeszcze kiedykolwiek użytkowana).

Droga do Kortskheli ( szukaj: droga na Tselanjika)
W tle czapa śniegu pokrywająca wierzchołki Kaukazu



gruzińska estetyka nagrobna

Widok na Nizine Kolchidzką
kościół Wniebowstapienia Najświętszej Marii Panny w Kortskheli


Widok od frontu

dzwony przed dawną dzwonnicą

wnętrze- sufit



Widok z kościelnego wzgórza
grobowiec przy drodze.