Łączna liczba wyświetleń

czwartek, 13 września 2012

gruzińskie monastyry i nie tylko

Gruzja, podobnie jak Armenia słynie z wysokich gór, pięknych, starych monastyrów i cerkwi. Nie mogłam nie uwzględnić tego faktu podczas swojej wakacyjnej autostopowej tułaczki. Jako, że ciężko mi się czasem zabrać do szczegółowego opisywania każdego wypadu, postanowiłam zaprezentować poniżej kilka z ciekawych miejsc, do których m.in. udało mi się dotrzeć tego lata.

Kackhis Sveti





Jest to jak widać na powyższych zdjęciach obiekt warty uwagi, jednak traktowany po macoszemu przez przewodniki. Jako, że na Tbilisi i okolicach Gruzja się nie kończy, warto czasem  zapuścić się nieco dalej, odbić w jakąś boczną, kamienistą drogę, by odkryć coś naprawdę interesującego.
Kackhis Sveti znajduje się we wsi Kackhi, 10 km od Zestafoni, na drodze do 12-tysięcznego miasteczka Chiatura. O istnieniu obiektu dowiedziałam się zupełnie przypadkowo. Rozglądając się po sklepie z pamiątkami w Batumi, wyszperałam magnes na lodówkę z wizerunkiem niewielkiego kościółka na skalistym klifie. Zaczęłam wypytywać co to za miejsce i gdzie się ono znajduje. W internecie, wyłączając język gruziński, w zasadzie nie ma informacji na ten temat. Jakiś czas później dowiedziałam się, że kościół ten został zbudowany w V wieku. Drugi zaś, znajdujący się u podnóża klifu, w VI. Znawcy tematu uważają, że lokalizacja obiektów jest nietypowa dla gruzińskich kościołów, dlatego też sądzą, że mogły znajdować się tutaj pustelnie mnichów ze Środkowego Wschodu. Obecnie na skale przebywa pop, prowadząc swój pół pustelniczy tryb życia. Dwa razy dziennie prezbiterzy przekazują mu prowizoryczną windą jedzenie i picie. On sam zaś raz w tygodniu schodzi po metalowej drabince na dół, by odprawić mszę.
Niestety, choć pokusa wejścia na 40-metrowy klif była bardzo nęcąca, jest to dla zwiedzających niemożliwe.

Davit Gareji

Kolejnym miejscem wartym uwagi, jednak jak najbardziej uwzględnianym w przewodnikach, jest Davit Gareji. Pierwszy  monastyr, został założony przez syryjskiego mnicha, Davida w VI wieku. Następne, aż do XIII wieku zakładali kolejni mnisi.
Trochę ciężko tam dojechać. Przede wszystkim miejsce to jest oddalone od głównych dróg, leży 28 km od Gardabani, a okolica przypomina miejscami półpustynię, miejscami afrykański step z drobną, karłowatą roślinnością. Nieświadomi tego, postanowiliśmy złapać stopa. Po godzinie beznadziejnego wyczekiwania, doszliśmy do wniosku, że nim cokolwiek złapiemy wypocimy jakiekolwiek zapasy wody z organizmu. Było już całkiem późno,a my chcieliśmy jeszcze tego samego dnia ruszyć w dalszą drogę. Perspektywa marszu trochę nam się nie uśmiechała. Żar lał się z nieba, spękana ziemia dawno nie widziała deszczu, a został nam niespełna litr podgrzanej wody. Nie było innego wyjścia jak udać się do najbliżej wioski, oddalonej od naszego punktu wypadowego o jakieś 5 kilometrów. Nazwy wioski nie pamiętam, jednak w poszukiwaniu wody znaleźliśmy stary, azerski cmentarz, używany od początku XIX wieku aż do lat 50-tych XX. Z rytów przedstawiających karabiny na najmłodszych grobach, wywnioskowaliśmy, że leżeli tam  z pewnością polegli żołnierze.
Przeprawa tam i z powrotem zajęła nam sporo czasu i zabrała 10 km drogi. Wyposażeni w życiodajny płyn byliśmy gotowi podjąć wyzwanie i dotrzeć do Davit Gareji pieszo. Na szczęście znaleźli się dobrzy ludzie w Kamazie, którzy podwieźli nas do rozwidlenia, gdzie znajdowała się strzałka prowadząca do celu. Muszę to podkreślić- dobrzy ludzie, bo wcale nie było im po drodze. Jak się okazało do celu pozostało jeszcze 6 km. 6 morderczych kilometrów, gdzie zdążyliśmy wypić dodatkowe 3 litry wody i zaczynaliśmy się martwić czy znajdziemy na miejscu sklep. Sklepu rzecz jasna nie było. Wcześniej powiedziano nam, że na niewielkim placyku przed wejściem na górę, do monastyru zatrzymują się marszrutki. Kolejne pudło. Wygląda na to, że taksówka, bądź wynajęty samochód to jedyne środki lokomocji tam docierające. Wodę znaleźliśmy w wielkiej beczce postawionej w klasztornej bramie, co uratowało nas od śmierci z odwodnienia ;). Potem mogliśmy cieszyć oczy piękną budowlą, wkomponowaną w surowy, górski krajobraz. Wielu turystów ogranicza swoje zwiedzanie do udostępnionej części klasztoru i cerkwi. Jeśli wyjdzie się z bramy i skieruje swe kroki w górę, obok kamiennej baszty, znajdzie się kamienne schodki prowadzące do wydrążonej, kamiennej ściany. Gdy dojdzie się do tego miejsca, należy zwrócić się w przeciwnym kierunku i wejść po górce na wąską ścieżkę i kierować się cały czas wzwyż. Po pewnym czasie można zauważyć małą cerkiewkę na szczycie. Stamtąd doskonale widać niezmierzone przestrzenie Azerbejdżanu. Schodząc nieco w dół, tuż obok słupków granicznych, możemy wejść do kilkudziesięciu jaskiń się tam znajdujących. W kilku z nich zachowały się kolorowe freski, co wyróżnia to miejsce spośród innych kamiennych kompleksów takich jak Vardzia czy Upliscikhe.
Na powrót niełatwo było liczyć, gdyż przekonaliśmy się, że samochody są szczelnie wyładowane pasażerami. Gotowi byliśmy już rozłożyć pałatkę gdzieś w okolicy, lecz jeden mężczyzna ostrzegł nas przed żmijami, występującymi w tym miejscu. Następnie zdecydowaliśmy się na nocleg w opuszczonej stacji meteorologicznej, do której nikt nie zaglądał z pewnością od kilku lat. Świadczył stan wnętrza budynku. Lecz z drogi zabrała nas sympatyczna nauczycielka Khatuna wraz ze swoja mamą, córką i jej koleżanką. Tak dotarliśmy do Sagarejo, gdzie mieliśmy zapewniony nocleg i pyszny, gruziński szaszłyk pieczony w ognisku. Nie każdy może mieć jednak takie szczęście, więc przed wyprawą w to miejsce radzimy rozpatrzyć różne opcje, lub... liczyć na łut szczęścia właśnie.

azerski cmentarz

widok na monastyr

Cele wykute w kamieniu

jaskinie wyżłobione w skale
Wnętrze jednej z jaskiń

cząstkowo zachowane ikony w jednej z jaskiń




widok na Azerbejdżan

azerbejdżańska granica tuż przy jaskiniach

Gergeti Cminda Sameba

kościół Cminda Sameba, na wzgórzu Gergeti, od którego wziął potoczna nazwę.



Tego miejsca nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Jest to jedna z wizytówek Gruzji. Położona na wysokości 2400 m.n.p.m cerkiewka z XIV wieku i wysokie góry przyciągają co roku rzesze turystów. Nie wszyscy jednak fatygują się wyżej. Dla wielu wystarczający jest widok Kazbeku (5047 m.n.p.m.) z daleka. Nam jednak było za mało i udaliśmy się w stronę granicy lodowca, zbaczając nieco ze szlaku, by cieszyć się większą swobodą. Szacujemy, że wdrapaliśmy się na jakieś 3500 m.n.p.m., by z mniejszej odległości spojrzeć na osławiony, wygasły wulkan. A widok...cóż, imponujący.

Widok na Kazbek z miasta Stepantsminda (dawniej Kazbegi)
Widok na Kazbek z wysokości

Gelati
Ten XII- wieczny zespół świątynny znajduje się 10 km od Kutaisi. Żeby tam się dostać najlepiej wziąć marszrutkę, która jeździ z centrum. Cena dojazdu na miejsce to 1 GEL, czyli w przybliżeniu 2 zł.
Podobnie jak Gergeti, Gelati jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych obiektów sakralnych w Gruzji. Razem z remontowaną obecnie katerą Bagrati, która znajduje się w Kutaisi, od 1994 roku widnieje on na liście światowego dziedzictwa UNESCO.
Najstarszy z budynków wchodzących w skład kompleksu, kościół pod wezwaniem Narodzenia Matki Bożej powstał w XII wieku. Jednak najważniejszy i najciekawszy z nich to XIII- wieczny kościół p.w. św. Grzegorza. Najmłodszy zaś, p.w. św. Mikołaja jest datowany na XIII- XIV wiek. Świątynie razem z dzwonnicą i budynkiem mieszkalnym, otoczone są obronnym murem. W ich obrębie pochowany jest uznawany za największego gruzińskiego władcę, święty Gruzińskiej Cerkwi Prawosławnej, Dawid Budowniczy (*1073 - +1125). Jak głosi legenda, król osobiście brał udzial w budowaniu monastyru. Ze względu na duże znaczenie naukowe i kulturalne w przeszłości, Gelati porównywano z greckim Atos.

kościół św. Grzegorza


kościół św. Grzegorza
Mrrroczne wyobrażenie piekła :)

wyobrażenie MB z Jezusem oraz archaniołem Gabrielem i Michałem w absydzie ołtarzowej

freski na suficie. m.in. złożenie Jezusa w grobie
Wejście do monastyru

Ciąg dalszy nastąpi.... ;)





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz