Łączna liczba wyświetleń

wtorek, 21 sierpnia 2012

Borjomi


Tegoroczne wakacje, spędzone akurat w Gruzji zostały zwieńczone kilkoma ciekawymi wypadami. Jednym z nich był wyjazd do Parku Narodowego Borjomi-Kharagauli. Towarzyszył mi Paweł, który opracował część poniższego tekstu. Mamy nadzieję, że znajdziecie w nim trochę wskazówek, które uchronią was przed popełnieniem podobnych błędów na trasie. 

Park Borjomi- Kharagauli leży w środkowej części Gruzji i jest największym parkiem w kraju, a   według  ulotki   promującej   jednym   z   największych   w   Europie.   Założony   w   1995   roku   jest pierwszym rezerwatem na Kaukazie. Jego powierzchnia liczy sobie ponad 85000ha, a różnica wysokości między najwyższym a najniższym jego punktem sięga blisko 2000m. Park oferuje 9 oznaczonych tras o zróżnicowanej długości i poziomie trudności.

 Szlaki mają swój start w różnych miastach przylegających do parku, w samym Borjomi i Kharagauli nie zaczyna się żaden z nich. Podstawowe dwa szlaki - 1 oraz 2, mają swój start kolejno w Likani i Atskuri. Wioska Likani jest około godziny drogi pieszo od Borjomi, można dostać się do niej autobusem (30 tetri), który wyrusza z centrum miasta. My postanowiliśmy ruszyć właśnie trasą numer jeden, która liczy sobie 43 kilometry i w założeniach przebywa się ją w trzy dni. Trasa 2 jest jeszcze dłuższa, (ponad 50 km), pozostałe mają mniej niż 20 km. 

Przed wyruszeniem do parku teoretycznie należy wykupić przepustkę w Park Administratrion, które  mieści się na zachodnim skraju miasta Borjomi. Cena za noc w schronisku to 10 lari od osoby, 5 lari za osobę w namiocie. W praktyce nikt tego nie sprawdza, więc sugerujemy oszczędnym darować sobie formalności i iść od razu do parku. 

Jedyny plus wizyty w administracji to darmowa mapa. Trasa numer jeden zaczyna się w Likani, do którego jest około 3-4km z Borjomi. Autobus jest tani, niestety my wysiedliśmy zbyt wcześnie (nie wysiadajcie przed wielką, różową bramą z napisem "Likani" na drugim przystanku, jedźcie do końca) i kilkadziesiąt minut szliśmy pieszo w niepewności, bo oznaczeń było jak na lekarstwo. Jedynie w samym centrum Likani był schematyczny znak z drzewem i jeleniem wskazujący drogę do bram parku. Dalej droga wiodła na północ przez małą wioskę, aż do parku właściwego, który oznaczony był bramą i małą budką. 

Dalej szliśmy przyjemną drogą pośród lasu, aż do miejsca piknikowego, na które warto zwrócić uwagę. Strzałka z oznaczeniem 1 sugeruje pójście w lewo, pod górę, odbicie od polnej drogi samochodowej. Ścieżka wydała nam się jednak zbyt prowincjonalna i postanowiliśmy iść drogą samochodową, na której nie było żadnych oznaczeń. Podążaliśmy nią przez dobrą godzinę. Nie była to łatwa droga, bo wiodła ostro pod górę, na dodatek często była odsłonięta, a więc słońce grzało nas mocno w głowy i karki. Zrezygnowani podczas odpoczynku zauważyliśmy Polaków, których spotkaliśmy w Likani, oni też szli tą trasą, ale jak się okazało wszyscy byliśmy w błędzie - należało skręcić w lewo. Najważniejsza zasada - podążać za znakami (gorzej, gdy ich czasem nie ma, a to w ciągu całej naszej wędrówki nie należało do rzadkości). Nieco zirytowani wróciliśmy do tamtego punktu i ruszyliśmy prawidłowym szlakiem. Polacy opadli z sił i rozstawili namiot na jednej z polan - ich wizyta w parku ograniczyła się więc do męczącego i nieciekawego szlaku. My nie poddaliśmy się tak łatwo i szliśmy dalej. Ścieżka mocno pięła się pod górę. Szliśmy dobre trzy godziny, kiedy rwące od ciężkich plecaków plecy, obolałe nogi i nadchodzący wieczór zatrzymały nas na małej polance, gdzie przecinało się kilka szlaków. 

Następnego dnia okazało się, że stosunkowo niewiele kilometrów dzieliło nas od schroniska turystycznego "Lomi", które nazwę swą wzięło od pobliskiego, górskiego szczytu (Lomis mta-2137 m.n.p.m.). Wspomniane schronisko to niewielki, drewniany domek z kompletem piętrowych, drewnianych łóżek. W środku ponadto jest stolik, jakieś krzesła i półki. W   pierwszym   ze   schronisk   znajdowała   się   ponadto tzw. pećka, czyli metalowy kominek, na którym jeśli chce wam się zbierać chrust, można coś ugotować. Naczyń tam jak na lekarstwo, więc dobrze mieć jakiś garnek ze sobą. Na luksusy w postaci łazienki stanowczo nie ma co liczyć. Pół kilometra dalej idąc w głąb lasu znajdziecie plastikowe rury ciągnące wodę. Na pierwszych dwóch odcinkach trasy (pomijając ostatnie kilometry drugiego odcinka) nie ma żadnego innego dostępu do wody, dlatego należy wcześniej wyposażyć się w kilka butelek tego drogocennego napoju, a potem już w miarę możliwości je uzupełniać. 

Dalej trasa była umiarkowana - trochę w górę, trochę prosto, rzadziej w dół. Niemniej jednak był to najciekawszy   odcinek,   gdyż   spory   kawałek   prowadził   po   górskich   grzbietach,   przez   co   nie zmęczyliśmy się tak jak pierwszego dnia, a widoki były przecudne. Zielone łąki porozrzucane wśród skał. Pasące się po drodze bydło, iglaste drzewa, roślinność do pasa i zasnuwająca widok mgła, jakby chmury dotykały nieba. To wszystko sprawiało, że pomimo wysiłku czuliśmy się naprawdę szczęśliwi. W tym miejscu łatwo się pomylić i po przejściu ok. 3 pierwszych kilometrów zboczyć w innym kierunku. Na mapie droga zaznaczona jest jako przeciwległa do kościoła. Niejednokrotnie turyści dają się uwieść malowniczością miejsca i kierują się w stronę małego kościółka stojącego samotnie wzgórzu. Dodatkowo brak żadnych oznaczeń przez jakieś 0,5 km może wywołać wątpliwości. Właściwa droga pnie się w górę, obok małej,  przypominającej   altankę,   chatki   i   końskich   zagród.   Potem   piękna,   górska   droga   to   już   sama  przyjemność. 

Nie chcieliśmy nadrabiać niepotrzebnych kilometrów, a mając ze sobą namiot mogliśmy rozbić się wszędzie, więc postanowiliśmy ominąć teren drugiego schroniska, "Sakhvlari" i ruszyć dalej. Końcówka drugiego odcinka trasy charakteryzuje się częstymi zejściami, aż do sporego, górskiego potoku, gdzie często trzeba skakać po śliskich kamieniach. Jedno z nas ma pewne, niemiłe doświadczenia z tym związane. I znowu nie udało nam się dotrzeć tam, gdzie planowaliśmy. Zaczynało się robić coraz ciemniej, a droga wiodąca obok strumienia była naprawdę niebezpieczna i wymagała dużego skupienia. Kamienie były śliskie, potok rwący, a skoki, które trzeba było wykonywać nierzadko dalekie. Udało nam się na szczęście znaleźć kawałek płaskiego terenu na namiot, gdzie przenocowaliśmy.

Rano ruszyliśmy z dużym zapałem planując dojść do granic parku. Droga dalej wiodła przy potoku - zalecamy dużą ostrożność - a potem czekało nas delikatne zejście przez las. Po drodze spotkaliśmy sympatycznego, porzuconego psa, który towarzyszył nam aż do wyjścia z parku. Tak więc doszliśmy do rozstaju dróg. Oznaczenia w tym miejscu mogą zmylić niejedną osobę. Strzałki z 1-ką wiodą w stronę mostu, zaś inne strzałki z 1-ką i 2-ką w przeciwnym kierunku. Główkowaliśmy w którą stronę iść, gdyż dość już mieliśmy nadrabiania zbędnych kilometrów, ostatecznie wybraliśmy trasę wiodącą... właśnie do schroniska. Jeśli chcecie iść dalej należy przejść przez most. Tam droga wiedzie wzdłuż rzeki 7 km do strażnicy i wyjścia. Dodatkowe 10 km należy iść do najbliższej stacji kolejowej w zapadłej, górskiej  wsi,  Marelisi. Ciężko tam cokolwiek kupić. Dopiero przejeżdżając autostopem, który cudem zatrzymał się na   takim pustkowiu, przez wieś Sagandzile do miasteczka Kharagauli, widziałam po drodze jakieś sklepy. Nasza odyseja nie zakończyła się jednak tak łatwo, gdyż jak już wspomnieliśmy, poszliśmy w złym kierunku. Musieliśmy przenocować w schronisku. Przed nim znajdował się kran z bieżącą wodą, a tuż obok rzeczka, więc problem wody pitnej i obmycia się z trudów wędrówki został rozwiązany. 

Następny dzień spędziliśmy  na błądzeniu. Przypadkowo, kierując się znakami, które dla wszystkich tras mają jednakowe czarno-żółte barwy, trafiliśmy na ścieżkę numer 2. Kolejna ważna zasada - jeśli chodzi o drogę, zawsze ufajcie spotkanym po drodze Gruzinom, nawet, gdy to, co mówią nie zgadza się z waszym wyobrażeniem. Mieliśmy szczęście, gdyż na takim odludziu spotkaliśmy Gochę. Poinformował nas, że idziemy w złym kierunku. Zmęczeni i trochę źli na niego, że burzy nasz światopogląd, daliśmy namówić się na wspólny posiłek. Następnie dołączył do nas jego kolega, Aleksander i zamiast iść dalej, utknęliśmy na dwie godziny na ganku jego domu, protestując słabo, gdy dolewano nam koniaku i piwa. Tak więc odurzeni nieco słońcem i   alkoholem musieliśmy wracać do schroniska. Korzystając z nadmiaru wolnego czasu zrobiliśmy nawet pranie. Jednak duża wilgotność powietrza sprawiła, że nasze ubrania nie miały nawet szansy wyschnąć, przez co następnego dnia nasze plecaki stały się jeszcze cięższe. W swojej upartości chcieliśmy  powrócić w to   samo miejsce, niepostrzeżenie przejść obok domu Alego i ruszyć w dalszą drogę, jednak na szczęście z samego rana do naszej kryjówki nadeszło trzech Gruzinów. Dwóch z nich szukało swoich znajomych. Okazało się, że przyszli z samego Marelisi, więc o pomyłce nie mogło być już mowy. Tak więc wzięliśmy się w garść, przeszliśmy 20 km, podziwiając przy okazji naprawdę piękne widoki. Tym razem już nie szliśmy po górach, lecz przez las, wzdłuż rzeki, przechodząc po drewnianych mostach. 

Następnie, jak już wspomniałam udało nam się złapać jeepa do Kharagauli, który zawiózł nas do restauracji. Nasze wygłodniałe żołądki, żywione  sucharami, ciastami i fasolką po bretońsku z zadowoleniem przyjęły pełnowartościowy, gruziński posiłek. Prawie wpadliśmy w euforię na myśl o tym, że "niedługo będziemy w domu", aż zapomnieliśmy o gruzińskich realiach. Była 15:30, gdy trafiliśmy na  dworzec. Według  rozkładu, który wisiał  na  ścianie,  a  także  wyświetlany  był  na monitorze, o godzinie 2:23 powinniśmy mieć pociąg. Zdążyliśmy obejść dwa razy miasteczko, potem zaczęliśmy czytać książki, czekając pokornie na panią w okienku, której przerwa obiadowa wydłużała się już o godzinę. Niestety okazało się, że pociąg taki już dawno nie jeździ, bądź jeździ, ale  nie  tego  dnia.  Zrezygnowani  chcieliśmy  łapać  stopa.  Byliśmy trochę  poirytowani  tym, że straciliśmy bezsensownie dwie godziny na czekaniu, zamiast stać już na drodze. Obawialiśmy się tylko, że nawet jeśli wygląda ona nieco lepiej, utkniemy gdzieś na noc. Po czterech dniach tułaczki i spania w namiocie marzyliśmy tylko o tym, by wziąć prysznic i położyć się we własnym łóżku. Plan autostopowy uległ jednak szybkiej zmianie, gdy napotkani mężczyźni poinformowali nas, że za pół godziny odjeżdża pociąg do Kutaisi, a bilet kosztuje tylko 1 GEL. 

W Kutaisi czekała nas noc na całkiem schludnym dworcu. Kładąc karimatę na metalowych krzesełkach można uzyskać całkiem wygodne łóżko. W taki sposób przespaliśmy całą noc, a rankiem ruszyliśmy autostopem do Zugdidi. Kolejna wskazówka dla podróżujących - najlepszym środkiem transportu w Gruzji jest autostop-szybko i bez komplikacji, bądź marszrutka - często i w miarę szybko. Najbliższy pociąg do Zugdidi był o 13:00 i wlókł się zapewne 3, 4 godziny. 

Poniżej umieszczam zdjęcie mapki i garść fotek z wyprawy. Na mapce na czerwono zaznaczone są kolejno-wejście do parku, trasa, kościół, skrzyżowanie i rzeka, znajdująca się już poza parkiem.

Szczegolowa mapa naszej trasy
Widok na Borjomi
Droga wiodąca do administracji Parku Borjomi- Kharagauli
W mieście


droga do Likani z perspektywy pieszego
wrong way ;( odcinek pierwszy

Początek trasy. Należy podążać za krasnalem.
Pierwszy odcinek trasy. Gęsty las i ciągle pod górę. „Kiedy to się skończy?!”
na trasie
Pierwszego wieczoru,na skrzyżowaniu trzech tras.



Schronisko Lomis
Wnętrze

Źródło wody pitnej 0,5 km od schroniska

Domek, od którego należy iść prosto, pod górkę





Chillout na wzgórzu
















ostatnie schronisko

niedziela, 19 sierpnia 2012

Kortskheli

Przeglądając różne zdjęcia z Gruzji, natrafiłam na fotki z jednej wycieczki, o której nie miałam jeszcze okazji wspomnieć na blogu. Pod koniec kwietnia, gdy dni były już wystarczająco ciepłe, żeby czasami przywdziać bluzkę na krótki rękaw postanowiłam po raz pierwszy rozejrzeć się po najbliższej okolicy. Po przestudiowaniu mapy Megrelii, wybór padł na położoną 8 km dalej wieś Kortskheli. Korzystając z uroków ładnej pogody postanowiliśmy z kolegą wybrać się tam pieszo. Szosa wschodzi nieco pod górkę, więc po zimowym leniuchowaniu- marzec w Zugdidi był jak najbardziej zimowy- dostałam lekkiej zadyszki. 

Jednak piękne widoki zrekompensowały mój wysiłek :). Warto podkreślić, że z drogi prowadzącej do wsi pięknie widać góry Swanetii i Abchazji oraz zieloną Nizinę Kolchidzką. We wsi na wzgórzu, przy cmentarzu wznosi się 17-wieczny kościół, zbudowany w latach 1624-1639, ufundowany przez księcia Levana II Dadiani. Budowla utrzymana jest w dobrym stanie, lecz znajdująca się obok dzwonnica wymaga remontu (o ile bedzie jeszcze kiedykolwiek użytkowana).

Droga do Kortskheli ( szukaj: droga na Tselanjika)
W tle czapa śniegu pokrywająca wierzchołki Kaukazu



gruzińska estetyka nagrobna

Widok na Nizine Kolchidzką
kościół Wniebowstapienia Najświętszej Marii Panny w Kortskheli


Widok od frontu

dzwony przed dawną dzwonnicą

wnętrze- sufit



Widok z kościelnego wzgórza
grobowiec przy drodze.



sobota, 18 sierpnia 2012

krowa nasza powszednia

Długo tutaj nie zaglądałam.

Spowodowane to było wakacyjnym objazdem po Gruzji. Odwiedziłam kilka ciekawych miejsc, o czym z pewnością tutaj napiszę. 

Jako wstępniak zamieszczam krótką  fotorelację o najpopularniejszym zwierzęciu w Gruzji,   jakim   jest   krowa. 

Dawno   już   chciałam napisać kilka słów na ten temat, gdyż krowy spokojnie spacerujące po ulicach miast, bądź na drogach międzymiastowych były dla mnie swego rodzaju szokiem kulturowym. 

Najwidoczniej już sama przyzwyczaiłam się do tego widoku, gdyż zupełnie zapomniałam o swoim zamyśle. Nie zdziwię się, gdy po powrocie do Polski czegoś mi będzie brakować :).

Krowa w Kutaisi
Krowy obok stacji benzynowej, przy wjeździe do Kutaisi

Krowa na drodze w Gruzji
Krowa na drodze do Gudauri

krowa na drodze
Krowa w Stepantsmina

gruzińska korwa




krowy w górach
...Na drodze ze Stepantsminda do Gudauri

kult bydła
Wieś na południe od Gardabani. Czyżby jakiś wyraz kultu? :)






Z moich obserwacji:


  • W Zugdidi ludzie wypuszczają swoje krowy na ulicę, żeby gdzieś poskubały sobie świeżą trawkę. 

  • Co ciekawe zdarza się, że ludzie mieszkający w blokach również posiadają krowę, która z braku miejsca przebywa na podwórku. 

  • Krowom niegroźne są samochody. Widocznie wiedzą, ze i tak zostaną wyminięte.

  • Zastanawiające jest jednak to, że w kraju takim jak Gruzja cena mleka w sklepie dochodzi do 6 zł. Odpowiedź musi być tylko jedna - wielu ludzi posiada własne krowy, państwo nie prowadzi przemysłu   mlecznego   na   szerszą   skalę. Dodatkowo   zdarza się, że mleko sprowadzane jest... z Ukrainy. Może lepiej by było doinwestować przemysł mleczny oraz skupować mleko od rolników?

środa, 11 lipca 2012

Pieskie życie psa

bezdomny pies Gruzja
Jedną z rzeczy, z którą nie mogę się pogodzić, jest stosunek Gruzinów do zwierząt. 

Naturalnie - są ludzie, którzy uwielbiają i sami posiadają pupila w domu. Jednak to, co rzuca się w oczy po przyjeździe do tego kraju to ogromna ilość bezdomnych psów. 

Biedne, smutne, wychudzone, z obdartą sierścią, otwartymi, gnijącymi ranami, napęczniałymi kleszczami pod skórą, ufnie patrzące na ludzi w nadziei, ze ktoś rzuci im jakiś ochłap. Niestety nikt tego nie robi... 

Rząd jest pochłonięty innymi problemami, znacznie przeważającymi swą rangą życie psa... Źródło problemu tkwi jednak znacznie głębiej, w społeczeństwie. Są ludzie, którzy potrafią współczuć. Są jednak też tacy, którym istniejący stan rzeczy specjalnie nie przeszkadza. Zdaje się niestety, że należy do nich większość. 

W Gruzji nie istnieją schroniska. Nie ma też żadnych NGO, zajmujących się tą kwestią.
Z posłyszanych informacji wiadomo mi, ze jeden przyjezdny wolontariusz chciał się tym zająć, jednak napotkał na gruby mur niezrozumienia i braku funduszy. 

Być może międzynarodowe organizacje, fundacje i Unia Europejska wolą wspierać rosnące jak grzyby po deszczu NGO, które niejednokrotnie udając, ze coś robią, dostają pieniądze na działania, bądź widząc interes w posiadaniu wolontariuszy, zapraszają do siebie ludzi, którzy przez większość swojego projektu muszą improwizować. Unia jest zadowolona z dobrze spełnionego obowiązku, a organizacja ma przyrost gotówki.

Tzw. "europejskie wartości" w gruzińskich realich

Prawdopodobnie każdy Gruzin, zapytany o to, gdzie znajduje się jego kraj, odpowie, że w Europie, nazwie siebie Europejczykiem i będzie twierdził, że w Gruzji właśnie kultura europejska bierze początek. W gruzińskich mediach co rusz pojawia się słowo demokracja

Partia Saakaszwilego jest tak głęboko demokratycznym ruchem, że innych, którzy sąd ten podważają, należy uciszyć. Od jakiegoś czasu można zauważyć potyczki prezydenta z gruzińskim miliarderem Bidziną Ivaniszvilim na arenie politycznej. Spośród 172 krajów, branych pod uwagę w rankingu Reporterów bez Granic, Gruzja znalazła się na 104 miejscu pod względem wolności słowa. Na 77 uplasowała się Armenia. Najniżej z państw Zakaukazia stoi Azerbejdżan- 162 pozycja.

Zostawmy jednak na razie politykę. Jak wyglądają "europejskie wartości" w życiu społecznym?

Ostatnio brałam udział w debacie poświęconej problemowi domowej przemocy w Gruzji. Niewątpliwie 20 lat istnienia niepodległego kraju odcisnęły w mentalności jego mieszkańców pewne zmiany. Mimo wszystko  problem przemocy wobec kobiet, jako tej "słabszej płci", istnieje. 

Według statystyk UNFPA (United Nations Population Fund) z 2009 roku, spośród 2385 zamężnych kobiet w przedziale wiekowym 15-49
  • 91% przyznało, że było ofiarami fizycznej przemocy ze strony swoich partnerów, 
  • 14% doznało przemocy emocjonalnej, 
  • 35% doświadczyło innych form dominacji - 29% kobiet nie ma prawa widzieć się ze swoimi rodzinami, zaś 11,6% musi prosić o zgodę na wizytę u lekarza. 2,6% kobiet doświadczyło przemocy podczas ciąży. 

Sytuację tą niewątpliwie umacnia pogląd, wyznawany przez 50% respondentek. Uważają one, że żona powinna być posłuszna mężowi i liczyć się z jego zdaniem w każdej kwestii. Spośród wszystkich regionów Gruzji, Guria ze stolicą Ozurgeti, podobnie jak Tbilisi, cieszy się najniższym wskaźnikiem przemocy emocjonalnej jak i fizycznej wobec kobiet. Najgorzej wypada położona niedaleko stolicy kraju Kachetia, a następnie górskie regiony Gruzji, gdzie mentalność mieszkańców jest bardziej tradycyjna i mężczyzna w hierarchii społecznej ma zdecydowanie większe znaczenie. 

Jak już wspomniałam wcześniej, społeczeństwo gruzińskie przeżywa powolną transformację. Stereotypy wobec płci są jeszcze silne, jednak coraz więcej osób próbuje z nimi walczyć. Jednym z przejawów przemocy emocjonalnej i krzywdzącego epatowania szkodliwym stereotypem słabej, głupiej, a zarazem ładnej kobiety, było wyemitowanie przez gruzińską telewizję "Imedi" programu rozrywkowego, "Kobieca logika". W programie brało udział kilka męskich drużyn, które zadawały pięknym modelkom często banalne wręcz pytania. Zadaniem kobiet była wspólna odpowiedź udzielona po wcześniejszej naradzie. Kobiety występujące w programie oprócz urody odznaczały się niskim stopniem wiedzy i inteligencji, więc często udzielane odpowiedzi były błędne. Drużyna,która odgadła jaką logiką posługiwały się dziewczyny, odpowiadając na pytanie, wygrywała 1500 GEL. 26.03.2012 r. w Tbilisi odbył się protest telewidzów, którzy uznali taki sposób ukazywania płci pięknej za obraźliwy i zażądali zdjęcia programu z anteny. Wśród protestujących byli również mężczyźni. 

Mimo to stereotyp kobiety jako tej głupszej tkwi w świadomości nawet wykształconych osób. Ostatnio moja polska koleżanka usłyszała komplement od Gruzina, który ukończył studia w Tbilisi, że jak na kobietę jest inteligentna. Nie wiem dokładnie, jak wygląda środowisko feministyczne w Gruzji. W Zugdidi spotkałam się z opinią, że są to wyuzdane kobiety, które zachęcają inne, żeby były wyrachowane w kontaktach z mężczyznami, czerpały z tego zysk i żeby zdradzały swoich mężów (!). Autorem tych słów był sympatyczny, wykształcony chłopak, przyjaciel znajomej działającej na rzecz praw kobiet...

W Tbilisi feministki angażują się w walkę ze społecznymi stereotypami. Jedna z ich akcji była wymierzona w kampanię reklamową przygotowaną na 8.03 przez firmę ubezpieczeniową GPI Holding. Bilboardy reklamowe przedstawiały kobiety z rozmazanym makijażem, sugerując, że właścicielki samochodów wykorzystują lusterka jedynie po to, aby się w nich przeglądać. (W końcu kto jest gorszym kierowcą niż kobieta?) Hasło poniżej brzmiało: „Uwaga, kobieta za kierownicą! Prezent dla kobiet na 8 marca, ubezpiecz samochód u nas i dostaniesz 150 lari na zakupy”. Feministki zamieściły zdjęcia na różnych portalach społecznościowych z odpowiedzią „Nie martw się, już zdążyłam pomalować usta”. 



Kontrowersyjna reklama GPI Holding

Innym problemem, który pozostaje poza obrębem publicznej debaty, jest kwestia osób odmiennej orientacji. 17.03.br. w Tbilisi odbył się pierwszy marsz osób homoseksualnych. Niewątpliwie świadczy to o próbie przełamania pewnej zmowy milczenia.(Wszak mężczyzna może związać się tylko z kobietą, mogą uprawiać seks po ślubie i najlepiej rok po skonsumowaniu związku powinien pojawić się pierwszy potomek).

Demonstranci mieli ze sobą transparenty, głoszące m.in. uczucie do "homoseksualnego przyjaciela". Społeczeństwo, a szczególnie jego męska część nie jest jednak gotowe na tak otwarte wyznania, gdyż demonstranci zostali pobici i rozpędzeni przez przedstawicieli gruzińskiej cerkwi oraz towarzyszących im agresywnych przechodniów.

Jak widać, na zmiany społeczne i mentalne w Gruzji potrzeba jeszcze czasu. Niemniej jednak pewne ich przejawy są dostrzegalne już teraz.